Armand: cytatyWysysa ze mnie życie. Odbiera mi je (...)Tak jak powoli odbiera życie temu chłopcu, który jest jego niewolnikiem. On ciebie kocha. Kocha ciebie, chce ciebie i nie pozwoli, bym stała na jego drodze. - Nie rozumiesz go! Miłość ciebie zaślepiła, twoja fascynacja jego wiedzą, jego mocą. Gdybyś wiedział, jak on chłonie śmierć, znienawidziłbyś go bardziej niż Lestata Jego oczy mówiły: żyj. Jego oczy mówiły: ucz się. Och, jak bardzo chciałem zwierzyć mu się z tego wszystkiego, czego nie rozumiałem, z tego, co ze zdumieniem odkryłem, że wampiry tam u góry uczyniły z nieśmiertelności klub dziwaków i taniego konformizmu. A przecież, przez ten smutek, przez to pomieszanie przebijała jasna i wyraźna konkluzja(...) Słowa Armanda, jak one brzmiały? Jedyna moc, jaka istnieje, jest wewnątrz nas samych... Mówię o innym rodzaju miłości, która przyciągała mnie do niego jako do nauczyciela, mistrza, którym Lestat nie był nigdy. Żądza wiedzy zawsze będzie mu towarzyszyła, wiedziałem o tym. Przechodziłaby przez niego jak przez szklaną szybę, tak że i ja mógłbym kąpać się w jej promieniach, przyswajać ją i rosnąć. Jestem złem o nieskończonych gradacjach i bez poczucia winy. Tylko on może dać mi taką siłę, abym stał się tym, kim jestem. Nie mogę już żyć dalej w takim rozdarciu, pożerany przez cierpienia. Albo pójdę z nim, albo umrę Kiedy przybyłem do Paryża, myślałem, że jesteś potężny i piękny, i pozbawiony tego żalu, skrupułów czy skruchy. Pragnąłem tego rozpaczliwie. Ale ty byłeś tylko niszczycielem, tak jak i ja, jeszcze bardziej bezlitosnym i przebiegłym. Pokazałeś mi, że jedyne, na co mogę liczyć, to jeszcze głębsze pokłady zła, dalsze wtajemniczenia w bezwzględność i chłód, do którego musiałem dojść, aby ukoić w końcu ten ból. Zaakceptowałem to. Miłość, namiętność, które we mnie widziałeś, wygasły, wypaliły się. Teraz widzisz we mnie po prostu tylko swoje odbicie. czułem tęsknotę do tego, by podporządkować się mu, by pójść za nim i dać się poprowadzić gdziekolwiek, tęsknotę tak silną, że wszystkie moje pragnienia z przeszłości zdawały się przy tym niczym. Był dla mnie całkowitą tajemnicą, tak jak Magnus. Tylko że on był piękny, nieopisanie piękny i wydawało się, że jest nim nieskończona złożoność i głębia, której Magnus nie posiadał. chciałem przebić się do jego myśli - i oto co teraz usłyszałem: przesądy, niedorzeczności, nonsensy. Nie był żadnym wzniosłym i najpotężniejszym duchem, który rozumiał to, z czego jego uczniowie nie zdawali sobie sprawy. Nie wierzył to ? tysiąc razy gorzej! Właśnie wierzył w to i miał do tego pełne zaufanie. jego swoiste piękno robiło wrażenie. Nie potrzebował cieni katedry Notre Dame czy pochodni krypty dla dodani sobie powagi. Była w nim dzikość, nawet w tym jasnym świetle, której przedtem nie dostrzegałem. To zranione dziecko było przedłużeniem wieków całych zła i wieków wiedzy tajemnej(...) Było w nim odwieczne zło; ono zamieszkało w jego duszy i ono nim kierowało. W jego oczach dostrzegałem to, widziałem mroczne wieki przeszłości, o których sam mogłem tylko marzyć. Wola i determinacja, które wydobywały się z niego, były takie, jakby nie należały do niego ani do nikogo i niczego, co pochodziło z tego świata. To była poezja. Cała energia i zapał do życia opuściły go; nie było w nim nic poza mrocznym braterstwem. Teraz zabijał już bez wyjątku i wyróżnienia ofiary, ponad wszelkie okrucieństwo. W chwilach najwyższego uniesienia towarzyszących tym momentom wydawało mu się, że w ten sposób jego życie było głęboko duchowe, nie zbrukane próżnym apetytem, chaosem i nieporządkiem, z których składał się ten świat, pomimo czysto cielesnej rozkoszy i zachwytu, jakie przynosiło samo zabijanie. Przyjdź do mnie, a ja będę słońcem, wokół którego krążyć będziesz zamknięty w orbicie, a moje promienie odsłonią tajemnice, które trzymasz w ukryciu przed wszystkimi i ja, który mam czar i siłę, o jakiej ty nie masz pojęcia, zdobędę kontrolę nad tobą, posiądę cię i wreszcie zniszczę! Byłeś tylko niewolnikiem Mariusza , a potem Dzieci Ciemności. Ulegałeś mocy i czarowi pierwszego, a potem tych drugich. Cierpienie, które teraz odczuwasz, spowodowane jest po prostu brakiem tego uroku i czaru, pod którymi zawsze się znajdowałeś. to ty sprawiłeś, iż zrozumiałem i pojąłem to, jak gdybym był kimś innym niż jestem w rzeczywistości. dla mnie świat, ten prawdziwy świat, w którym żył Mariusz, jest poza zasięgiem. Nigdy nie żyłem w nim. Przywarłem do szklanego okna, za którym się znajduje, ale w jaki sposób mam dostać się do środka? Ty musisz teraz żyć bez fantastycznych filozofii, w taki sam sposób, jak w czasach twojego terminowania u Mariusza. Żyj, aby poznać lepiej wiek, w którym żyjesz. A Lestat nie wierzy wartości zła. Ty jednak wierzysz w wartość zła. Ja sam jestem złem.(...) To nie jest sprawa wiary, prawda? Czy myślisz jednak, że mógłbym zejść ze ścieżki duchowej, którą podążałem przez trzy z górą wieki, i zniżyć się do zmysłowości i rozwiązłości. Myśmy byli świętymi zła(...) Nie będę złem wulgarnym. Nie chcę. sięgam jednak po to wszystko tylko dlatego, że są to rzeczy pływające po powierzchni ciemności, w której sam tonę. Nie chcę odejść bez możliwości lepszego poznania teraźniejszości. Nie zostawię wam, ot tak, wieczności bez...bez walki.
Może raz z upływem lat(...) pragnienie powróci do mnie. Poznam na nowo, co to apetyt, nawet namiętność. Może, kiedy spotkamy się ponownie w innym wieku, wszystkie te rzeczy przestaną być dla mnie czymś abstrakcyjnym i ulotnym. Będę przemawiał z siłą i wigorem równym waszym, zamiast zaledwie odpowiadać nań. Zastanowimy się nad sprawami nieśmiertelności i mądrości. Pomówimy wtedy o zemście i o zgodzie. Nie mogę opowiedzieć ci o tych rzeczach, bo nie znam ich z osobistego doświadczenia. Widzisz, moja zdolność syntetyzowania wiedzy jest szczątkowa; wchłaniam rzeczywistość intensywnie, ale naskórkowo. Daniel przeszywał wzrokiem istotę, którą miał przed sobą, wyglądającą jak człowiek i mówiącą jak człowiek, ale nie będącą nim. W jego postrzeganiu zaszła koszmarna zmiana: widział bowiem wielkiego owada, monstrualnego drapieżnika, który pożarł miliony ludzi. A przecież jednak kochał to coś. Kochał gładką białą skórę i wielkie ciemnopiwne oczy. Kochał nie dlatego, że wyglądało jak łagodny myślący młodzieniec, ale dlatego, że było upiorne, straszne i obmierzłe, a równocześnie piękne. Kochał tak, jak ludzie kochają zło, wstrząsające nimi do głębi duszy. Był raczej gotowy pogodzić się z ciągłymi odejściami Daniela, z jego zabłąkaniem w grozie codziennego świata; wolał takie ryzyko niż ryzykowny dar, którego domagał się ten śmiertelny. I żaden czyn, żadne oddanie się Daniela nie potrafiły tego zmienić. Wieki temu, w weneckim palazzo, starał się uchwycić w niezniszczalnym pigmencie jakość tej miłości. Do czego sprowadziła się nauka wyniesiona z tamtych chwil? Że na całym świecie żadne dwie dusze nie kryją tej samej tajemnicy, tego samego daru oddania się czy wyrzeczenia. W zwykłym zranionym dziecku odnalazł takie połączenie smutku i wdzięcznej prostoty, które na zawsze złamało mu serce. Ta istota go rozumiała! Ta istota kochała go jak nikt nigdy. Jesteś niewinny i taki pozostaniesz do końca swoich dni. Masz nieskażone serce, atoli nie chcesz pogodzić się z prawdą, której przeczy głęboko tobie utajona wiara, czyniąca cię małym mnichem, akolitą... Biedny chłopcze, myślałem. Pewnie więcej miałbyś dla wszystkich zrozumienia, gdybyś rozumiał jak piękny jesteś, i może potrafiłbyś wtedy więcej dla siebie zyskać. A tak toczyłeś jakieś marne potyczki z ludźmi cię otaczającymi, brakło ci bowiem wiary w siebie, a nawet świadomości , kim jesteś. myślałem o małym chłopcu, który pełen niewiedzy i miłości Boga instynktownie opierał się tej nienawiści życia, dając upust jednej tylko zmysłowej radości: ukochaniu barw w ikonach. Miałem bez wątpienia religijną duszę, ale na dwa różne sposoby przeżywała ona religię i żadnego z nich nie chciałem się wyrzec, dlatego też toczyła się we mnie zażarta walka. pobyt w Rosji uświadomił mi rosyjską stronę mej duszy, która pragnęła wzniosłości, jakiej kiedyś doświadczałem, malując ikony. Z kolei widok ikon uświadomił mi, że ów stary, bizantyński styl ucieleśnia walkę czynnika zmysłowego z ascetycznym, jest zarówno zachwytem nad pięknem, jak i zachwytu tego stłumieniem w formie. Jego domeną był surowy świat, w którym rządziły twarde reguły bezwarunkowego, religijnego oddania. byłeś bezbronnym, bezradnym dzieckiem. Mógłbym cię ukształtować i zmienić- co niniejszym czynię. To prawda, sądziłem, że byłeś malarzem (...), że masz talent, i wiem, że on wciąż gdzieś w tobie tkwi, muszę przyznać, że to także wytrąciło mnie z równowagi. Ale kiedy wszystko zostało już powiedziane i zrobione, nie pojmuję, dlaczego odciągasz moją uwagę. porzucił świat śmiertelników z większą łatwością niż jakikolwiek inny człowiek, którego mógłbym wyłuskać z mego ogrodu, bo wciąż trawiły go zepchnięte w niepamięć wspomnienia, mimo iż wierzył we mnie bezgranicznie. dawno temu, przed laty, jak mi się wydaje, w jakimś innym, odległym miejscu, gdzie żyłem, zanim przybyłeś po mnie, nazywano mnie Bożym Głupcem. (...) Boży Głupiec to ktoś, kto bezwarunkowo oddaje się Bogu, nie zważając na to, co się stanie, za nic mając drwiny, głód, szykany czy przejmujący mróz.(...) cokolwiek czyniłem, byłem Bożym Głupcem, a teraz chciałbym być twoim głupcem. Tak, byłeś Bożym Głupcem i w jakimś nędznym klasztorze malowałeś święte ikony, w przekonaniu, że twoje życie nic nie znaczy, jeśli nie jest pełne poświęcenia, ofiary i bólu. A teraz w mojej magii dostrzegasz podobną, palącą czystość. Odwracasz się od bogactw i uroków życia Wenecji, aby poznać tę właśnie palącą czystość; odwracasz się od wszystkiego, co może mieć zwykły człowiek. Poznałem go. Poznałem niepokój i zabijający nadzieję mrok w jego wnętrzu. Poznałem życie przesycone głodem i surową dyscypliną. Jest we mnie lodowaty chłód. (...) Chłód, który bierze swój początek w odległej krainie. I nic nie jest w stanie mnie ogrzać ani zabić tego zimna. Nawet krew nie potrafi mnie rozgrzać. Wiedziałeś o tym chłodzie. Po tysiąckroć próbowałeś go rozproszyć, przemienić w coś naprawdę cudownego, lecz bez powodzenia. Przed wyprawą do Rosji sądziłem, że rozterka w umyśle Amadea bierze swój początek z konfrontacji pomiędzy zróżnicowaną, bogatą sztuką Wenecji a surową, stylizowaną sztuką dawnej Rosji. Teraz wszelako wiedziałem, że to nieprawda. w jego duszy nie było nic świętego, prócz dawnej sztuki i mężczyzny, który dniami i nocami pił w kijowskiej karczmie nad brzegiem Dniepru. A ja mimo całej mojej mocy i niezwykłych umiejętności nie mogłem zastąpić mu ojca. Jakże stanowczy, jak czysty wydawał się jego głos. Jak pewny był tego, o czym mówił. Jaki był bezlitosny i srogi w stosunku do tych dzieci szatana, które nie przejawiały dostatecznego okrucieństwa podczas mordowania śmiertelników. Z ust chłopca, którego niegdyś znałem, płynął głos mężczyzny. To zmroziło mi krew w żyłach. I oto znalazł dla siebie inne miejsce, gdzie obowiązywały surowe reguły i wyrzeczenia. Mimo lat spędzonych ze mną nie zdołał się przed tym ustrzec. Najwidoczniej w jego przypadku krąg zamknął się już dawno temu. Znów był kapłanem. Dawno temu, jeszcze w Rosji, był Bożym Głupcem, teraz zaś zmienił się w Diabelskiego Głupca. A krótki czas, jaki przeżył ze mną w Wenecji, niczego go nie nauczył. |