Posiadłość Blackwood: cytaty

tłum. Paweł Korombel



rzekłbym, iż nieodłączną cechą naszego gatunku jest skrajny indywidualizm, wielość międzyosobniczych różnic, swoista płynność takich pojęć jak przyjaźń, jedność, wspólnota dusz.

[Lestat o naturze wampirów ]



Plotka głosiła, że wyspa jest przeklęta i Manfred jest przeklęty, a swoje złoto zdobył nieczystym sposobem z hazardu, jeśli nie jeszcze występniejszymi sposobami, natomiast imię przywdział, wzorując się na postaci ze sztuki Byrona i sygnalizując innym wielbicielom demonów, że sprzedał duszę diabłu

[o Manfredzie historyje straszne:))]



zawsze jest moją idealną repliką, tak że przez całe życie miałem w nim lustro, w którym mogłem się oglądać, jeśli nie rozpoznawać.
A osobowość Goblina? Jego pragnienia? Jego temperament? Pod tym względem było zupełnie inaczej, jako że potrafił być istnym diabłem, źródłem upokorzenia i wstydu. Rzadko miałem nad nim kontrolę, chociaż wcześnie się nauczyłem, że jeśli będę go całkowicie ignorował, co wymagało z mojej strony niezwykłego wysiłku woli, jest szansa, iż się rozpłynie i zniknie.

[Quinn o Goblinie]



Te wszystkie drzewa obudziły we mnie prawdziwą grozę, gdy spojrzałem w dół stoku, ku napierającym z bagien ciemnościom, i poczułem, że gigantyczne cyprysy również wiodą jakieś własne tajemne życie, obserwują wszystko wokół siebie, oddychając miarowo i powoli, tak że tylko inne drzewa widzą to lub słyszą.
Ogarnęły mnie zawroty głowy. Mdłości. Dostrzegłem, że gałęzie się poruszają, a potem bardzo powoli uformował się obraz już widzianych przeze mnie duchów, równie bladych i wstrętnych jak poprzednio

[Quinn widzi rodzinne duchy]



Otworzyłem kufer. W środku było przerośnięte pleśnią kłębowisko ubrań i innych rzeczy, wymieszanych ze strojami - szczotka do włosów ze srebrną rączką, srebrny grzebień, wyschnięta buteleczka perfum i srebrne lusterko, całe w plamach i pociemniałe, nie nadające się już do niczego.
Uniosłem kłąb ubrań, tak że drobniejsze spadły na dno kufra i odkryłem masę biżuterii - perły, broszki i kamee - wszystko wymieszane z ubraniami, jakby nikomu na nich nie zależało, co było zaskakujące, bo wziąwszy perły do ręki, przekonałem się, że są prawdziwe(...)

Były tam dwie śliczne bluzki o szerokich rękawach i wąskich mankiecikach, z pewnością należące do epoki długich spódnic, i inne koronkowe bluzeczki, niestety zgniłe, z których kilka miało śliczne kamee z konchy u kołnierzyka, oraz kilka jedwabnych szlafroczków. Niektóre z tych ubrań rozpadały mi się w rękach. Wszystkie kamee miały motyw Rebeka u studni.(...)

Były tam nocne pantofle, tak teraz sztywne i poskręcane, jakby zrobiono je z wyłowionego z wody drewna. Otwarta puderniczka, która zachowała dawny zapach. Kilka porozbijanych flakoników z perfumami i oprawiony w skórę, gruby, zapisany pamiętnik, ale atrament tak wyblakł, że był niemal niewidoczny. Litery przypominały purpurowe pajęczyny.
Pleśń dostała się wszędzie, niszcząc wszystkie świetne toalety, niekiedy przeżerając je na wskroś śluzowatą czernią.

[Quinn ogląda zawartość kufra Rebeki]



Miałem wrażenie, że wiosenne gorąco nieco ustąpiło i chłodny powiew nadleciał znad moczarów. Tyle że chłodne powiewy nigdy stamtąd nie nadlatywały, a przynajmniej rzadko, i odwróciłem się, by popatrzeć w prawo, na stary cmentarz i wielkie cyprysy w głębi. Bagna wyglądały tak ponuro i tajemniczo jak zawsze, wyrastając nad cmentarzem, czarne i bezkształtne na tle nieba.
Zbliżała się stamtąd jakaś kobieta. Była filigranowej budowy. Szła długimi pewnymi krokami po zarośniętym trawą stoku, unosząc brzeg ciemnej spódnicy.(...)

Była po prostu olśniewająca, a przynajmniej tak mi się wydawało, i natura nie tylko obdarzyła ją uroczą buzią i wielkimi oczami, ale miała w sobie zadziorność, świeżość, rzucające się w oczy wyrafinowanie. Oczywiście, gorset pomagał jej uwydatnić szczupłą talię, a koronki bluzki były idealnie wyprasowane i bez plamki. Taftowa spódnica miała kolor gęstej czekolady i połyskiwała w słońcu. Eleganckie, wysoko sznurowane buciki okrywały drobne stopy.(...)

Wyciągnęła ręce i ujęła moją dłoń, i znów poczułem wstrząs, jak niebezpieczne uderzenie prądu, i od stóp do głów przebieg mnie cudowny dreszcz, i pochyliłem się, i pocałowałem ją w usta(...)

Pochyliłem się i przycisnąłem usta do jej ust. Ach, w żadnym śnie nie czułem czegoś takiego. Nie posmakowałem czegoś takiego. Nie wiedziałem, że jest możliwe. Mimo że byliśmy ubrani, poczułem żar jej ciała. Był tak silny, że ogarnęło mnie szaleńcze podniecenie. Objąłem ją, uniosłem i wcisnąłem kolano między jej uda, napotykając jej wzgórek łonowy i wsunąłem język do jej ust.

[Quinn i jego erotyczne doświadczenia z ...duchem Rebeki :) ]




Oto był mój dom; moja wyspa; odkryłem coś, co dla innych było tylko legendą, i do czego nikt inny nie miał prawa. Odzyskałem wyspę Manfreda, przemieniłem opowieść w prawdę. Dotarłem do miejsca, w którym nie postała nigdy stopa Williama, Graviera, dziadka. Byłem tu pierwszy.
Ogarnięty delirycznym żarem oglądałem budynek. Byłem prawie niezdolny do jasnego myślenia. Zapomniałem o rozpaczliwych błaganiach Rebeki i bólu, który jeszcze niedawno tkwił nieugięty w mojej głowie.
Brzęczenie pszczół, szelesty i trzepoty gigantycznych liści tupelo, cichy chrzęst żwiru pod stopami - wszystkie te odgłosy otuliły mnie, objęły, spowiły, napełniając jakąś niepojętą fascynacją, jakbym trafił do raju ludzi innej wiary.

[Quinn odkrywa Samotnię na wyspie]



Był mojej wysokości, w kształcie prostopadłościanu i wykonany chyba z granitu, na który z frontu, z tyłu i po bokach nałożono metalowe, chyba złote, płyty.
Oczyściłem go z glicynii, jak się tylko dało. W metalu wyrzeźbiono jakieś postaci, chyba Greków, idących w żałobnej procesji. Przechodzili z płyty na płytę, opasując budowlę, w której nie znalazłem żadnych drzwi. Obszedłem ją chyba z dziesięć razy, gładząc rękami postaci, znakomicie oddane profile i fałdy szat, zanim powoli zdałem sobie sprawę, że to nie Grecy, ale raczej Rzymianie. Doszedłem do tego wniosku, gdyż ci ludzie nie przedstawiali jakiegoś jednego ideału urody, do którego przedstawienia dążyli greccy rzeźbiarze, ale byli zróżnicowani, podzieleni na kilka grup. W pewnym momencie wydało mi się, że mam do czynienia z pracą wzorowaną na prerafaelitach, ale nie byłem pewien swojej racji.
Mówiąc najprościej, figury były o klasycznych proporcjach, a pochód nie miał końca i chociaż wydawało się, że niektóre postaci płaczą lub rwą włosy z głowy, na płaskorzeźbach nie umieszczono ciała ani mar. Gdy już uważnie wszystko obejrzałem, spróbowałem otworzyć sarkofag. Bez powodzenia. Złote płyty - gdyż doszedłem już do przekonania, że są złote - przymocowano na stałe do narożnych granitowych pilastrów, a pokrywę czy osłonę, dwuspadową jak na wielu nowoorleańskich sarkofagach, osadzono, nie zostawiając nawet najdrobniejszej szczeliny.
By sprawdzić, czy płyty są ze złota, poskrobałem brzeg myśliwskim nożem. Przekonałem się, że całość jest z identycznego metalu, nie tylko wierzch. Tak, to było złoto. Dużo, dużo złota.
Ta budowla zdumiewała mnie nieskończenie. Była majestatyczna, piękna i w całym słowa znaczeniu monumentalna. Ale jeśli była monumentem, to na czyją cześć?

[Quinn ogląda grobowiec na wyspie]



Do ściany naprzeciwko kominka przybito zardzewiałe łańcuchy, które wyraźnie służyły jednemu celowi, uwięzieniu człowieka. Miały obręcze na przeguby i kostki u nóg, a pod tym pustym świadectwem jakiejś potworności była gęsta, ciemna, przypominająca syrop maź i resztki ludzkiej czaszki.(...)

Ogarnęło mnie niewyobrażalne obrzydzenie. Targnęły gwałtowne mdłości. Opanowałem się. Wbiłem wzrok w czarną smołowatą substancję, a potem w czaszkę. Dostrzegłem biały rozsypany proch, fragmenty szkieletu. Były tam też resztki gnijącego ubrania i jakaś rzecz, której blasku nie przyćmiła nawet smoła.

[Quinn odkrywa szczątki Rebeki]



Nigdy nie zaznałem takiej grozy, gdy zbliżyła się ręka z hakiem, a potem poczułem nieprawdopodobny ból poniżej prawej piersi, rozdzierającą mękę, gdy coś grubego, a jednocześnie ostrego wbiło się we mnie, przewiercało mnie, a potem znów śmiech, lodowaty bezlitosny śmiech i męski pomruk - sprzeciwy, pełne obrzydzenia prośby - ale śmiech przykrył sprzeciwy, przykrył prośby. Nikt nie mógł tego przerwać!
Wiedziałem, że wiszę na haku, że hak trzyma mnie za żebro pod piersią i że całym ciężarem ciała zwisam na łańcuchu i na haku!

[Quinn ma wizję śmierci Rebeki]



Odległa postać powtórzyła uprzednią operację. Z niepojętą zręcznością i siłą uniosła kolejne ciało i wrzuciła je do bagna.
Stałem wstrząśnięty. Zmartwiały ze zgrozy. Nawet nie pomyślałem, że grozi mi niebezpieczeństwo. Przenikała mnie gorzka świadomość, że oto ktoś ukrył w bagnach dwa trupy i gdy wrócę z tą opowieścią do domu, nikt, ale to nikt mi nie uwierzy.
Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że tamta postać znieruchomiała i najprawdopodobniej teraz stoi twarzą do wyspy, patrząc bez drgnienia na mnie i na Goblina, oświetlonych częściowo blaskiem świec.
Znad czarnej wody doleciał śmiech, basowy, falujący, taki jak w moich wizjach, ale ten śmiech był prawdziwy, to nie był żaden omam. To śmiała się tamta postać. I na moich oczach, na oczach Goblina i moich, tamten ktoś skierował pirogę w ciemność i przepadł.

[Quinn widzi tajemniczą postać na bagnach]



Musiałem zamknąć oczy. Bo nagle zdałem sobie sprawę, że Goblin jest pod prysznicem razem ze mną. A gdy rozchyliłem powieki, zobaczyłem go tuż przed sobą. Był ciałem, tak nieprzenikalnym, że woda po nim spływała, po włosach, twarzy i ramionach. Opatrywał się we mnie wielkimi, prawdziwymi oczami.
- Odejdź, Goblin - powiedziałem mu jak zawsze, gdy mi przeszkadzał, pakując się razem ze mną do wanny czy pod prysznic.
Nie cofnął się nawet o pół kroku i gdy patrzyłem mu w oczy, uświadomiłem sobie, że stoi uparcie w miejscu, a woda przydaje mu niezwykłej mocy. Uświadomiłem sobie również, że nigdy wcześniej nie widziałem, aby woda opływała go w ten sposób. Dawniej przelatywała przez niego. Nabrał ciała w całym tego słowa znaczeniu; nabrał wcześniej nieobecnej mocy.

[Quinn bierze prysznic z Goblinem :D]



Nagle ktoś wyciągnął mnie z łóżka i powlókł po podłodze! Ocknąłem się w jednej chwili. Czułem ból ramion, gdy niezwykle silne ręce wepchnęły mnie do łazienki. Uderzyłem głową o ścianę Zostałem uniesiony, aż zawisłem nad podłogą. W słabym świetle padającym przez drzwi zobaczyłem, że trzyma mnie jakiś wysoki mężczyzna. Włosy miał gładko sczesane z wysokich, wypukłych skroni. Jego ciemne oczy wpijały się we mnie.

[Quinn zaatakowany przez tajemniczą postać]



Czułem, że bez względu na to, co do tej pory wypełniło mi życie, spełniało się jedno z moich najbardziej szalonych marzeń I nieważne, że było świeże, bo było szalone i prosto z serca, i miałem go nigdy, nigdy nie zapomnieć. Nigdy nie zapomnę twarzy Mony, gdy zapłonęła rumieńcem, przeżywając spazm, który wywołał we nie ostateczną eksplozję, czystą nirwanę.

[Quinn i Mona osiągają nirwanę :D]



Widziałem ją, jej długie, gęste czarne włosy, ale ubraną w męską tunikę, biegnącą wąskimi, wyłożonymi kamieniem ulicami, tłukącą do drzwi, łapiącą ludzi za ramiona. 'Uciekajcie, uciekajcie w tej chwili. Góra wybucha. Zniszczy miasto. Nie ma czasu do stracenia'. Widziałem budynki, które mijała, niewielkie miasto wapiennych ścian, a ona była taką dziwną, Wysoką, niesamowitą pięknością. Nikt jej nie słuchał. W końcu oderwała niewolników od warsztatów. Nie. Nie tylko to widziałem. Byłem tam!
Wrzucali kamee do worków. 'Nie czas na to! - krzyknęła. - Biegnijcie!' My wszyscy - niewolnicy, wolni ludzie, krzyczące kobiety, dzieci - pobiegliśmy ku wybrzeżu. Ryk góry był monstrualny i ogłuszający. Czarna chmura rozrastała się na niebie. Dzień zniknął. Przyszła noc. Wsiedliśmy do łodzi i pracując wiosłami, wypłynęliśmy szybko na zmierzwione fale zatoki. Otaczały nas inne pełne łodzie. Znów rozległ się głos góry. A potem błysk ognia w ciemnościach. Pompeje miały wkrótce umrzeć.
Siedziała w łodzi. Byłem z nią. Płakała. Wielkie głazy toczyły się po stokach góry. Ludzie uciekali przed nimi. Chaos na zalewanych wodami wybrzeżach. Ziemia trzęsła się pod tymi, którzy uciekali rydwanami. Petronia wciąż łkała. Inni pracownicy oglądali się oszołomieni. Deszcz popiołu spadał na miasto, w wodę. Wody zatoki były czarne. Łodzie się kołysały. Łodzie wywracały się do góry dnem.

[Quinn ma wizję zagłady Pompeii]



- Zło narasta (...) i musi zostać przekazane nowemu i on rodzi się ze mnie, chociaż jako śmiertelna istota byłam bezpłodna.

[Petronia o swojej decyzji względem Quinna]



gdy wstałem, tym razem zobaczyłem Petronię przed sobą i pomyślałem, że tak na zdrowy rozsądek mógłbym ją załatwić, rzucając się na podłogę i podcinając jej nogi. Zrobiłem tak i runęła jak długa.
Mężczyźni wybuchnęli śmiechem, co nie było zbyt szczęśliwe. Już lepiej, by wiwatowali na moją część, niż śmiali się z Petronii. Odwróciłem się i zanim zdążyła się podnieść, spróbowałem wbić jej kciuki w oczodoły.
Złapała mnie za gardło i doprowadzona do pełnej wściekłości przerzuciła mnie przez głowę, po czym zawlokła na balkon, złapała jedną ręką za przeguby i zwiesiła za balustradę.

[Quinn walczy z Petronią]



To, że ssie moją krew, wiedziałem, i to, że z każdą chwilą słabnę, też wiedziałem. I miałem wrażenie, że uchodzi ze mnie całe moje życie, obraz po obrazie. Dzieciństwo, lata młodzieńcze i ostatnie kilka lat ekstazy i cudownych przeżyć umykały ze mnie wraz z krwią - bez oporu, bez bólu, w czystości. Nie potrafiłem pojąć, czym jest to zespolenie, co znaczy.

[Petronia wysysa Quinna]



Uniosłem pięść. Chciałem zadać jej ból. Uderzyłem ją, ale zupełnie bez siły. Tylko drapałem paznokciami aksamit. Znów spróbowałem ją uderzyć. Tłukłem ją w krocze.
- Och, chcesz zobaczyć, co? Chcesz zobaczyć, z czego oni wszyscy się śmiali! - wykrzyknęła. - No, dalej, złóż mi hołd. - Usłyszałem szelest unoszonej tuniki i trzask zapięcia spodni; moja ręka spoczęła na jej krótkim, niesłychanie grubym, sterczącym członku, a potem opadła niżej, między zwisające wargi sromowe, dotknęła płytkiego zagłębienia waginy i znów wróciła do członka. - Weź go do ust - rozkazała gniewnie.Poczułem nacisk na wargach. - Weź! - rozkazała.

[Bez komentarza :D]



Och, niewinni przyciągają. Bezwiednie. I jacy są smakowici. Zapamiętaj jednak moje słowa, przywiodą cię do szaleństwa, bez względu na to, czy wiedziałeś, co robiłeś, czy nie. Poczujesz do nich miłość i nienawiść do siebie samego.

[Arion poucza Quinna]



Odwróciłem się, aby na nią spojrzeć. I przejrzałem na oczy. Jej surowe piękno objawiło mi się z mocą cudu. I wiedziałem, czego dostąpiłem. O historii, pospolitości, zasadach i ograniczeniach przemiany nie wiedziałem nic. Wiedziałem jednak, czego dostąpiłem. Nieśmiertelności. Wiedziałem, ale nie potrafiłem objąć konsekwencji przemiany. Gdzie Bóg? Gdzie moja wiara? Czy cała wieża runęła, podważona tą potwornością?

[Quinn zdaje sobie sprawę, że stał się wampirem]



Wyszliśmy na taras i spojrzałem na morze. Było w czystych odcieniach zieleni i błękitu. Widziałem to mimo mroku, widziałem, że zapożycza barw od podksiężycowego nieba. I widziałem wysoko gwiazdy; poruszały się tak, jakby chciały mnie uściskać. W oddali maszerowały w dół zbocza białe domy, miasto przycupnęło niebezpiecznie na stoku, wręcz nierealnie. Jeszcze dalej wyrastała góra w śnieżnej czapie.

[Quinn patrzy na świat oczyma wampira]



Jej serce zgasło jak zapałka, jak świeczka. Nie było żadnego sposobu, aby przywrócić je do życia.
Obejmowałem ją, potrząsałem. Obudź się. To omyłka. Potworna omyłka. Znów piłem, jak głupiec, dopóki nie stało więcej krwi. Zwinąłem się w kłębek. Jęczałem. Już nie miała w sobie życia, już nie miała w sobie krwi. Cisnąłem ją jak lalkę. Zniszczoną weselną lalkę. Była nieżywa! Wystarczyło popatrzeć na brylanty w rozsypanych włosach.

[Quinn zabija Pannę Młodą]



- Kwitnąć bez zabijania (...) ot, cała sztuka. Jeśli zdołasz utrzymać się przy życiu, nie zadając śmierci, przetrwasz. Od czasu do czasu jednak żądza mordu przeważy, zapragniesz płonącego gorzko serca, tak więc nauczyłem cię, jak to robić.(...)

- Postaraj się zgłębić dar, który otrzymałeś (...) Nie zrzekaj się go w pierwszych latach. Zbyt wielu zginęło w podobnych okolicznościach. (...)

Łatwo ulec rozpaczy. Łatwo ulec gorzkiej nienawiści do samego siebie. Łatwo ulec poczuciu, że świat nie należy już do ciebie, chociaż nic nie jest dalsze od prawdy. Wszystko jest twoje i przemijanie czasu jest twoje. I teraz musisz po prostu i zwyczajnie do tego dorosnąć.(...)

Kiedy pijesz ze złoczyńców, musisz się tym rozkoszować, nie uchylać się przed złem. Masz szansę stać się równie zły jak twoja ofiara. Idź za jej złem, gdy opróżniasz jej duszę. Zażyj przygody, zagłębiając się w zbrodnię, której z własnej woli sam nigdy byś nie popełnił. Gdy skończysz, wycofaj się, unosząc to, czego się dowiedziałeś, i będziesz znów czysty.

[Nauki Ariona]



Och, to była męka, przestrach i rozkosz, przechadzanie się wśród ludzkich stad, o które mogłem tylko się ocierać. Byłem potworem. Zatłoczone lotniska stały mi się piekłem, rozległymi dekoracjami jakiegoś egzystencjalnego dramatu.

[Quinn biadoli :D]



Siedział w fotelu przed biurkiem, twarzą do mnie i był moim idealnym duplikatem, z krwią w oczach włącznie i krwawymi łzami ściekającymi po policzkach. Prawie krzyknąłem ze zgrozy, taki był to widok. Serce przestało mi na chwilę bić, a potem znów ruszyło.
Otarłem twarz. Pobiegłem do niego.
- Patrz - powiedziałem - ścieram je, nie widzisz? Ścieram je. Patrz, nie ma ich, nie ma krwi, nie widzisz? - krzyczałem, darłem się. Obniżyłem głos. - Nie widzisz! Nie ma krwi. Otarłem ją. On tylko siedział z krwią w oczach i ściekającą z policzków. A potem rzucił się na mnie. Rzucił się we mnie. Połączył się ze mną i zepchnął na stół, a potem w bok, na łóżko, i nie potrafiłem go pokonać, był we mnie, połączył się ze mną i czułem go jak czysty, nieunikniony elektryczny wstrząs, a gdy wyszedł ze mnie, był ogromny, wypełniony kropelkami krwi. Zemdlałem.

[Goblin atakuje Quinna i 'karmi się' jego krwią]



Gdy tylko zobaczyłem ciotkę leżącą na podłodze przy marmurowym stoliku, wiedziałem, że nie żyje. Wiedziałem to po wyrazie jej oczu. Nie musiałem widzieć krwi cieknącej z rozbitej głowy ani czerwonych śladów na stoliku. Wiedziałem, a gdy spojrzałem na jej stopy, na których miała tylko skarpetki, na jej biedne stopy, zacząłem płakać, zakrywając oczy chusteczką.
Na szyi miała piękną kameę z Meduzą, tarczę tarczy, ale ta tarcza w niczym jej nie pomogła, nie uratowała jej. Była martwa, bez życia. Odeszła. Ona, jej majestat, jej dobroć odeszły na zawsze.

[Goblin zabija cioteczkę Queen]



Był ze mną od zawsze, od początku. Przyjąłem, że go stworzyłem. Przyciągnąłem go do siebie z pustki i ukształtowałem na swój obraz. Och, wiem, że jest z czegoś stworzony. Z eteru, cząstek astralnych, jakiejś postaci materii. Z czegoś, tak, z czegoś, co podlega prawom natury

[Quinn o Goblinie]



Porównaj go do wielkiego morskiego stworzenia, składającego się głównie z wody, tyle że w jego przypadku jest to powietrze. Rozkoszuje się krwią tak długo, aż ją spożytkuje, podsycając swoją energię. Potem czeka na kolejną okazję, co trwa bardzo długo, podobnie jak musi czekać na kolejne objawienie się lub nawiązanie kontaktu. Rytm życia wszystkich duchów jest podobnie rozwleczony.

[Merrick o naturze Goblina]



A potem się odwróciła, wyciągnęła z torby niewielki pakunek i odrzucając w tył białe zawoje, odsłoniła go, ukazując pomarszczonego trupka dziecka!
- To jesteś ty, Garwainie! - zawołała. - To jesteś ty, wyniesiony z grobu, ciało, które porzuciłeś, gubiąc się, bezsilny i bezradny! To twoje śmiertelne ciało, ty w dziecięcej postaci, i wydostałeś się z niego, zagubiłeś i dryfując, zacząłeś karmić się Quinnem! Patrz na to maleńkie ciało, to twoje ciało, Goblinie!

[Merrick daje czadu podczas egzorcyzmów Goblina :D]



Merrick weszła w ogień. Merrick wspięła się na ołtarz, wraz dzieckiem weszła w ognisko i palili się oboje. Palili się - ginęli bez słowa i bez nadziei na ratunek - ale w czystej niebiańskiej światłości widziałem poruszające się postaci, przezroczyste postaci, wychudłą, nie dającą się pomylić z nikim postać dziadka, a z nim dziecko stawiające pierwsze kroczki, i była tam również Merrick, Merrick i drobna staruszka i zobaczyłem, jak Merrick unosi dłoń, jak na pożegnanie.

[Merrcik się poświęca]



Cofnąłem się. Widziałem zarys jej czaszki pod skórą i barki sterczące pod poplamioną szpitalną koszulą. Tylko gęste rude włosy nie uległy chorobie. Ramiona miała jak gałązki, dłonie jak patyczki. To był upiorny widok. Cierpiała przy każdym oddechu.

[Quinn i umierająca Mona]