Merrick: cytaty

tłum. Małgorzata Kicana



my wampiry, kochamy piękno, karmimy się pięknem. Nasza definicja piękna jest niepojęta, nawet nie potrafisz sobie tego wyobrazić. Bez względu na to, jak piękną masz duszę... nie wyobrażasz sobie nawet, jak wiele piękna widzimy tam, gdzie nie dostrzegają go śmiertelnicy... a jednak piękno jest dla nas celem i środkiem do życia...

[David do Merrick ]



Kiedy jest się starym i schorowanym, zmęczonym i cherlawym, kiedy zaczynasz podejrzewać, że twoje życie nic nie znaczy… Wtedy zaczynasz śnić o wampirycznej przemianie. Wtedy zaczynasz fantazjować, że przekleństwo wampiryzmu nie może być wcale aż tak koszmarne… nie, jeśli w zamian dostajesz nieśmiertelność. Wtedy zaczynasz myśleć, że gdybyś tylko miał szansę, mógłbyś stać się pierwszym świadkiem zmian, ewolucji otaczającego cię świata. Ubierasz swoje egoistyczne zachcianki w płaszczyk wspaniałej nauki.

[David o pokusie wampiryzmu]



Świeca stała na pękatej komodzie naprzeciwko wejścia. Dawała migotliwe światło, a stała głęboko i bezpiecznie zanurzona w szklanym naczyńku z wodą. Tuż za nią, i jak gdyby na nią spoglądając, stała gipsowa figurka świętego Piotra ze złotymi kluczami do bram Niebios; miała może z półtorej stopy wysokości. Postać o ciemnej skórze i bursztynowych oczach. Odziana była w miękką, zieloną tunikę haftowaną złota nitką oraz w purpurowy płaszcz, który był jeszcze misterniej haftowany. Święty trzymał nie tylko przysłowiowe klucze do Królestwa Niebieskiego, lecz także ogromną księgę.
(...)
Oczywiście wiedziałem, że to nie tylko figurka świętego Piotra, lecz także Papa Legba z wudu, bóg rozstajnych dróg, bóg, który musi otworzyć duchowe przestrzenie, jeśli chcesz cokolwiek osiągnąć za pomocą magii.

[Voodoo people, magic people :)]



Oczyma wyobraźni znowu zobaczyłem świątynię w Brazylii, gdzie przez wiele miesięcy uczyłem się, jakie dary można składać w ofierze, gdzie poznawałem mity o bogach i gdzie, na koniec, po wielu, wielu długich miesiącach zmagań poznałem tańce ku czci wszystkich bóstw, pozdrawiające każde z nich innym gestem, innymi krokami, które powtarzałem, dopóki nie osiągnąłem stanu kompletnego uniesienia, dopóki nie poczułem, że któreś z bóstw wstępuje we mnie, opętuje mnie... a potem było przebudzenie, całkowita niepamięć, opowieści o tym, jak to zostałem potężnie opętany... najwyższe wycieńczenie.

[David o swoich doświadczeniach z candomble]



Lata, które dawno temu spędziłem w Rio, były wielkim poświęceniem. Wierzyłem w candomble tak tylko, jak ja, David Talbot, jestem w stanie wierzyć w cokolwiek. Oddałem się tej religii na tyle, na ile jestem w stanie w czymkolwiek się zatracić. Stałem się wyznawcą i sługą Oxali. Wiele razy byłem przezeń opętany, lecz rzadko kiedy cokolwiek pamiętałem z transów, i skrupulatnie przestrzegałem jego zasad.

[David o candomble]



- Ona jednak chciała fotografii, dagerotypów. Swego obrazu na szkle. Była wściekła, jak ci już wspomniałem. Lecz wiele lat później, kiedy dotarliśmy do Paryża, tej cudownej nocy, zanim jeszcze dowiedzieliśmy się o istnieniu Teatru Wampirów i potworów, które ją na koniec zniszczyły, odkryła, że magiczne obrazki można robić także w nocy, przy sztucznym świetle.

(...)
- Nie wyobrażasz sobie jej podniecenia. Widziała wystawę zdjęć słynnego fotografika Nadara. Były to zdjęcia katakumb paryskich. Zdjęcia wózków załadowanych ludzkimi kośćmi. Jak zapewne wiesz, Nadar był niezwykłym człowiekiem. Te zdjęcia wywoływały w niej podniecenie. Poszła do jego studia, specjalnie umówiła się z nim wieczorową porą i kazała zrobić sobie zdjęcie.

(...)
- Jest trochę ciemne, mimo że ustawili wszystkie lampy naprzeciw luster. A Claudia tak długo stała w bezruchu. Jedynie wampirze dziecko było w stanie tego dokonać. Była z niego bardzo zadowolona. Trzymała je na swej toaletce w pokoju, w hotelu St. Gabriel, w ostatnim miejscu, które zwaliśmy swoim domem. Mieli tam takie śliczne pokoje. To było nieopodal opery. Zdaje mi się, że nigdy nie rozpakowała malowanych portretów. Tylko to się dla niej liczyło. Naprawdę wydawało mi się, że będzie szczęśliwa w Paryżu. Może byłaby... ale nie starczyło nam czasu. Czuła, że to maleńkie zdjęcie to początek... planowała wrócić do Nadara w jeszcze piękniejszej sukni.

[Louis o Klaudii i jej manii zdjęciowej:) ]




Uderzyło mnie, że żyłem jako śmiertelny człowiek, aż do starości, czułem więc więź z rasą ludzką, której większość krwiopijców właściwie nie posiadała. Louis miał dwadzieścia cztery lata, kiedy dobił targu z Lestatem. Ile człowiek może się nauczyć do tego czasu i ile może potem z tego zapomnieć?

[David filozofuje]



Jej bose stopy nie wydawały żadnego odgłosu na wypolerowanych deskach. Przycisnęła butelkę do piersi i zaczęła obracać się wokół własnej osi, mrucząc coś pod nosem i odchylając głowę w tył.

(...)
Kręciła się coraz szybciej i szybciej; fioletowa spódnica wydęła się gwałtownie, a z butelki począł wychlapywać się rum. Nie zwracała uwagi na wylewający się alkohol. Zwolniła nieco, pociągnęła długi łyk z butelki i znowu zaczęła obracać się tak szybko, że ubranie łopotało, obijając się o jej nogi. Zatrzymała się i stanęła jak wryta tuż przed ołtarzem, wypluła rum przez zęby, opryskując czekające figurki świętych. Spomiędzy jej zaciśniętych zębów wydobył się wysoki jęk.
Zaczęła znowu tańczyć, chyba celowo mocno plaskając bosymi stopami o podłogę i mrucząc coś pod nosem. Nie mogłem rozróżnić słów ani nawet rozpoznać języka, w którym intonowała. Włosy, splątaną grzywą, opadły jej na twarz. Znowu łyk, znowu fontanna rumu. Świece zasyczały i zatańczyły, kiedy drobinki alkoholu wpadały w ich płomienie i błyskały żywym ogniem.

[Merrcik wywoluje ducha siostry]



Turbulencje w powietrzu stawały się coraz gwałtowniejsze. Na powiekach i policzkach czułem coś podobnego do lekkiego postukiwania koniuszkami palców. Było to jednak odmienne uczucie od stałego naprzykrzania się insektów. Poczułem, jak coś dotyka grzbietu mojej dłoni, i nieomal wypuściłem maczetę, lecz szybko się opanowałem.
Merrick stała wpatrzona w ciemności korytarza, który znajdował się wprost przed nami.
- Mój Boże - szepnęła. - Są znacznie silniejsze, niż były poprzednim razem. Nie chcą, żebyśmy wchodzili do środka.

[duchy bronią Merrick i Davidowi dostępu do jaskini]



Poświeciłem latarką na wysoki sufit - pomalowany był na ten sam intensywnie niebieski kolor co dolna część ścian. Wszędzie dokoła nas widniały wspaniałe postaci, wysokie i szczupłe, w ozdobnych kiltach, w kolczykach i kunsztownych perukach. Raczej nie był to styl ani Majów, ani Egipcjan. Nie przypominało to nic, co dotąd widziałem czy badałem

Całkiem niespodziewanie, tuż pod ogromnym nawisem skalnym, znad którego wypryskiwał wodospad, dostrzegłem monstrualną twarz o otwartych ustach, wyciosaną głęboko w wulkanicznej skale. Tam znajdowała się jaskinia. (...)

Rozglądając się za 'darami', dostrzegłem gigantyczną bazaltową głowę. Bardzo przypominała rzeźby Olmeków - tylko tyle potrafiłem o niej powiedzieć. Czy przypominała malowidła naskalne w świątyni? Nie wiem. Co by to nie było, bardzo mi się podobała. Była zwrócona twarzą do nieba, a jej otwarte oczy i niesamowite, uśmiechnięte usta bez wątpienia zbierały wodę z deszczów, które tak często tu padają. Przy nierównej podstawie, pomiędzy zwałami czarnych kamieni, stało niesłychane zbiorowisko świec, ptasich piór, zwiędniętych kwiatów i glinianych garnuszków. Z miejsca, w którym stałem, czułem zapach kadzidła.

[świątynia w dżungli]



Uniosłem maskę, jak mi kazała. Miałem wrażenie, jakbym zanurzył się w głębinę. Cofnąłem się kilka kroków, lecz nie mam pojęcia, co jeszcze robiłem. Maska pozostała na miejscu, a moje dłonie zaciśnięte na niej, lecz wszystko inne uległo subtelnej zmianie.
Jaskinia pełna była płonących pochodni; rozlegało się monotonne, miarowe zawodzenie, jak gdyby ktoś się modlił, tuż przede mną natomiast stała postać, drżąca, jak gdyby nie była do końca materialna, lecz raczej zrobiona z jedwabiu i pozostawiona na łasce najlżejszych podmuchów wiatru, dobiegających z wejścia do jaskini.
Wyraźnie widziałem jego twarz, choć nie potrafiłem do końca powiedzieć, co wyrażają drżące rysy tej młodzieńczej buzi. Błagał mnie, z niemą elokwencją, żebym uciekał z jaskini i pozostawił w niej maskę.

[David patrzy przez jadeitową maskę]



Stałem na wysokim pawilonie, a wszędzie dokoła widziałem piękne góry. Dolne partie zboczy pokryte były gęstym, zielonym lasem, a niebo miało niezwykle intensywną, niebieską barwę.
Spojrzałem w dół i dostrzegłem tysiące ludzi, tłoczących się wokół pawilonu. Na szczytach innych piramid stało mrowie ludzi. A przy mnie, tuż obok mnie, stała niewielka gromadka.
- Wezwiesz deszcz - usłyszałem głos tuż przy uchu. - A on przyjdzie. Jednakże pewnego dnia, zamiast deszczu nadejdzie śnieg i tego dnia umrzesz.

[David i jego majaki w gorączce]



Myślisz, że ludzie powinni odczuwać taką gorycz i samotność, jakie ja odczuwałem podczas moich ostatnich śmiertelnych lat? Nie wydaje mi się. Jak wszystkie stworzenia, także człowiek został stworzony po to, by żyć pełnią życia. Cała reszta to duchowa i fizyczna katastrofa. O tym jednym jestem przekonany.

[David do Louisa]



Żyję w udręce, gdyż stale towarzyszy mi myśl o osobie, którą kiedyś zdradziłem, potem pielęgnowałem, a na koniec straciłem. Przychodzę do ciebie, ponieważ wierzę, że potrafisz przywołać ducha tej osoby, żebym mógł z nim porozmawiać. Przychodzę do ciebie, ponieważ wierzę, że potrafię ocenić, czy ten duch odnalazł spokój.

[Louis prosi Merrick o wywołanie ducha Klaudii]



Duma zawsze jest podstawowym grzechem tych, którzy pozostają w Talamasce. Wierzymy, że byliśmy świadkami cudów. Wierzymy, że potrafimy czynić cuda. Zapominamy, że nic nie wiemy. Zapominamy, że może nie ma nic, co moglibyśmy odkryć.

[Merrick do Louisa]



Mroki nocy stężały w kształt mniejszej postaci, wyraźnie przybierając na sile. Postać ta zdawała się wyciągać do nas małe ramiona, podchodząc do stołu, za którym staliśmy. To małe stworzenie unosiło się nad ziemią; jej oczy błyszczały na tej samej wysokości, co nasze, a małe stopki odpychały się od powietrza. Zbliżała się ku nam i stopniowo widzieliśmy coraz więcej szczegółów. Drobne dłonie i kaskady lśniących, złotych włosów.
To była Claudia, dziecko z dagerotypu, biała twarzyczka i delikatna postać, oczy ogromne i świetliste, skóra lśniąca, a białe szatki lekkie i powiewające na wietrze.
Cofnąłem się o krok. Nie potrafiłem się powstrzymać, lecz postać także się zatrzymała. Pozostała zawieszona w powietrzu, z ramionami luźno, swobodnie opadającymi wzdłuż tułowia. Była równie materialna w przyćmionym świetle jak Honey wiele lat temu.
Na jej drobnej twarzyczce widać było miłość i rozsądek. To było dziecko, żyjące dziecko. Bez wątpienia. Stało przed nami.

[duch Klaudii]



Ja zaś, z sercem zimnym tak bardzo, jak tylko jesteś sobie w stanie wyobrazić, potępiam cię... potępiam cię za to, że odebrałeś mi życie... potępiam cię za to, że nie miałeś zmiłowania nad moim śmiertelnym istnieniem... potępiam cię za to, że widziałeś we mnie tylko to, co widziały twoje oczy i niezaspokojone żyły... potępiam cię za to, że sprowadziłeś mnie do piekła, które tak dostatnio dzieliłeś z Lestatem.

[Klaudia rzuca klątwę na Louisa]



Jednak kiedy sprawa nabrała rozpędu, zakończyła się niesłychanie szybko. Nigdy nie czułem takiej aspiracji ani takiego pragnienia. A teraz - jak typowy romantyczny idiota, którym zawsze byłem, jak mistrz wątpliwych akcji i małej wytrzymałości, niezdolny do życia z konsekwencjami i płacenia ceny za swoje działania - powierzam Ci tę niezwykłą istotę, Merrick, którą wiem, że będziesz kochał i nauczysz wszystkiego, co Ci serce dyktuje.

[Louis zmienił Merrick]



W pozbawionej pokrywy trumnie, wystawiona na działanie nocnego powietrza leżała spalona replika stworzenia, które znałem jako Louisa. Zdawała się równie solidna jak egipska mumia spowita w bandaże, z ciałem nadal przytwierdzonym do kości. Ubrania były mocno zadymione, lecz poza tym nietknięte. Trumna dokoła koszmarnej postaci poczerniała. A jednak twarz i dłonie - nawet cała postać - zostały nietknięte przez wiatr i zachowane doskonale nawet w najmniejszym szczególe.

[spalony Louis w trumnie]