Ereszkigal

Wampir Armand - Wampiryzm w buduarze


Armanda przychodzi mi ocenić, z wielkim bólem, jako kolejną książkę zmarnowanej przez Anne Rice szansy. Szansy niemałej, bo sam Armand to postać ciekawa, fascynująca, o niesamowicie złożonym , zagadkowym charakterze, który aż prosi się o psychologiczną analizę. Z drugiej strony wydarzenia z życia tego wampira , jego przygody i tło historyczno- kulturowe , na którym się rozgrywają to atrakcja dla czytelnika sama w sobie. No i co? No i znów się nie udało. Znów Rice nie wykorzystała drzemiącego w Armandzie potencjału, znów wypuściła półprodukt, znów odgrzała kotleta i znów na tym zarobiła, jak znam przywiązanie wiernych fanów do jej Kronik.

Przewidując ten stan rzeczy przez wiele lat odmawiałam czytania Armanda. Bałam się po prostu , że Rice zepsuje mi całkiem dobre wyobrażenia o tej postaci jakie powstały po lekturze wcześniejszych Kronik. Jednak chyba ogarnęła mnie riceowa znieczulica i mimo , że Wampir Armand mi się nie mógł z oczywistych względów podobać i mimo, że pozostaje dla mnie komercyjnym , płytkim czytadłem , to podchodzę do niego bez emocji, pielęgnując raczej obraz starego Armanda w pamięci , niż dokonując w wyobraźni wielkiej w tym względzie rewolucji.

Książka podzielona jest na trzy części, z czego treścią pierwszej jest ... wahadłowy ruch od łóżka do łóżka i z ramion mistrza w ramiona mistrza. Anne , po krótkim wprowadzeniu w postaci opowieści o wczesnych latach młodego Armanda w Rusi Kijowskiej i - znanych zresztą z poprzednich książek- wydarzeń związanych z jego porwaniem i sprzedaniem w niewolę, przechodzi bardzo szybko do mariuszowego buduaru. Trzeba sobie powiedzieć , że zarówno w Wampirze Lestacie, jak i w późniejszym od Armanda Blood and Gold, motyw wspólnych chwil spędzonych z Mistrzem Mariuszem był bardzo subtelnie opisywany. Delikatny posmak erotyczny jest w sumie wyznacznikiem prozy Rice i także w przypadku tej pary występowało od początku quasi-seksualne napięcie, wyrażające się m.in. w krwawych pocałunkach i ogólnie leniwej, rozpasanej i zmysłowej atmosferze weneckiego palazzo. Tu niestety autorka poszła na całość.
W efekcie cały wątek wenecki to powieść erotyczna, bez żadnej głębi i próżno szukać tu czegoś dającego do myślenia, próżno też szukać jakiejś ciekawszej wymiany zdań miedzy Armandem a mistrzem. Nie uświadczymy tu nic z tak lubianej przeze mnie rozbiórki postaci na czynniki pierwsze, uświadczymy za to, w nadmiernej ilości eksponowanych wątków sadomasochistycznych, których na dobrą sprawę nie rozumiem. Rice jest tu niekonsekwentna, gdyż dawno temu wprowadziła do Kronik zasadę: 'wampiry seksu nie potrzebują'. Więc skąd nagle takie epatowanie erotyką- i to perwersyjną- w Armandzie? Wydaje mi się , że autorka uległa tutaj stereotypom, wykreowanym - o dziwo- nie przez nią samą, ale przez jej własny fandom, który zawsze chciał widzieć związki między bohaterami riceowymi w bardziej dosadnych ujęciach. Nie mam osobiście nic przeciwko temu, żeby takie elementy w jej prozie się pojawiały, gorzej jeżeli wypełniają sobą treść prawie połowy powieści, która nie oferuje nic ponad to, a tak w przypadku Wampira Armanda niestety jest.

Dodatkowe bolączki tej powieści to spłycenie charakteru Armanda, a raczej jego jednowymiarowość. Rice podkreśla infantylność, słabość i całkowitą niemal bierność tej postaci tak, że faktycznie Armand traci całą swoja siłę i wszelkie cechy starego wygi, podżegacza, krętacza , intryganta i uwodziciela , a zachowuje się jak dzieciak- skrzywdzona sierota.
Do tego dochodzi jeszcze wpychany przez Rice w każdą powieść wątek religijny. Jest to jeden z tych czynników , które mi skutecznie obrzydzają jej prozę, bo Rice nie dość, że każdą postać nawraca na chrześcijaństwo i umoralnia, to jeszcze opisuje to w sposób, który wywołuje u mnie ataki niepohamowanej wesołości. Wszystko zaczęło się w Diable Memnochu, w Armandzie niestety również wątek religijnego omotania głównego bohatera wystąpił.

Po okresie weneckim , przychodzi czas na jeden z najciekawszych aspektów armandowego żywota- to jest jego karierę w sekcie wampirycznej, zwanej potocznie Dziećmi Ciemności, które to ideowo tkwiły jeszcze w głębokim średniowieczu i uznawały się za sługi Szatana , a pośrednio także i ...Boga. Niestety historia Armanda - satanisty kończy się zanim się na dobre zacznie. W ogóle niewiarygodna jest zmiana postawy samego Armanda, a filozofia wampirów - satanistów wydaje się być wtórna i płytka- jest dokładnym powtórzeniem tego co wyłożyła Rice w Wampirze Lestacie. Należało tę historię chyba jednak rozbudować, bo dzieje się ona tak szybko, że aż szkoda. Podobnie życie Armanda w Paryżu i w Teatrze Wampirów , zostało zaledwie wspomniane w kilku słowach i też nic ciekawego z tego dla głównego bohatera nie wynika.

Część trzecia wiąże się z bardzo wywrotową dla mnie książką, czyli Memnochem. Jak wiadomo Armand , którego wiara -nagle odrodzona- oślepiła, postanowił popełnić samobójstwo w promieniach wschodzącego słońca. Jak łatwo się domyślić nic z tego zamiaru mu nie wyszło, za to na scenie pojawiła się para nowych bohaterów: Sybelle i Benji. Szczerze mówiąc , cały czas mam problem z postaciami z drugiego planu w nowych Kronikach Rice. Są one tak doskonale nijakie, blade, nudne i rozlazłe , że zupełnie nie pojmuję jak może się nimi zainteresować jakiś wampir. Całą zaś historię Armand opowiada etatowemu Kronikarzowi Wampirów czyli Davidowi, przy okazji medytując nad pogrążonym w katatonicznym uśpieniu Lestatem.

No a cóż z tej powieści wynika dla nas, czytelników? Dla mnie osobiście niewiele, ale dla innych może wyniknąć bardzo źle, bo można tę postać po prostu znielubić raz na zawsze jak się takie rzeczy czyta. Armand był postacią naprawdę fascynującą i frapującą w WZW i WL, natomiast tu jego wizerunek zostaje skutecznie zburzony, choć znam i takich, których Armand zadowolił. Mnie jednak zadowolić będzie Anne Rice coraz trudniej, jeżeli będzie pisać nadal tak mdłe i nijakie książki jak ta.