Ereszkigal
Blackwood Farm - Wampir familijnyRecenzja wydania angielskiego Blackwood Farm jest to książka całkowicie straconej szansy, w której jednak można zauważyć pewien potencjał, więc materiał nie był całkiem wyprany ze skądinąd ciekawych pomysłów. Może więc napiszę najpierw o tym, co jest jedyną rzeczą sensowną w tej opowieści. Całkiem przyzwoicie prezentują się historie o duchach, tajemnice rodzinne; zaginiona Wyspa Cukrowego Diabła, położona gdzieś w niedostępnych rejonach bagien luizjańskich; wspaniała budowla, którą kazał wznieść na tej wyspie szalony Manfred i tajemniczy lokator ermitażu. I tu właśnie przechodzimy do tego, co w tej książce zgrzyta niemiłosiernie, a niestety są to najważniejsze elementy. Po pierwsze fabuła. Blackwood Farm opowiada historię życia pewnego bogatego mężczyzny... No nie, nie mężczyzny, chłopca, jako że jest to postać tak naiwna i infantylizmem podszyta, że żadną miarą nie można nazwać jej mężczyzną. Co tu kryć, żywot Quinna Blackwooda jest nudny i jałowy. Innymi słowy: ciężko bardzo jest się wciągnąć w akcję, a kiedy już jakimś cudem się to czytelnikowi uda, bardzo ciężko jest utrzymać zainteresowanie. Gdyby nie wyżej wymienione atrakcje książka byłaby całkowicie niestrawna, a tak mamy przynajmniej jakiś punkt zaczepienia. Blackwood Farm natomiast jest to księga prawie 800-stronnicowa, o narracji pierwszoosobowej, czyli mamy tylko jednowymiarowy obraz fabuły, a na domiar złego o dość liniowej akcji, w stylu: 'urodziłem się dorastałem, uczyłem, podróżowałem, zakochałem' etc. Dodatkową wadą są typowe już dla Rice błędy w konstrukcji. Wstęp jest za długi, przegadany i śmiertelnie nudny - tym razem jako aperitif dostajemy list Quinna do Lestata i wątek towarzyszący jego dostarczeniu, a mający miejsce w mieszkaniu Lestata przy Rue Royal, a następnie w posiadłości Quinna, tytułowej Blackwood Farm, gdzie Lestat zostaje przedstawiony ciotce Queen. Gwoździem do formalnej trumny jest język książki: banalny i infantylny. Pełno w opisach i dialogach powtórzeń bezsensownych, dotyczących spraw równie bezsensownych. Nadużywanie 'miodnych' słów takich jak; 'love, embracing, hughs, kisses, sweetheart, darling' etc. tworzy mieszankę wyjątkowo mdlącą i ciężkostrawną. Drugim naczelnym problemem powieści, poza oczywistym wodolejstwem, jest koszmarnie pomyślany i napisany główny bohater - Quinn Blackwood, dziedzic całego majątku i oczywiście wampir. W skrócie opisać Quinna można w ten sposób: jest to rozlazły, nijaki, skrajnie porządny chłopczyna, mądrala, a zarazem przeciętniak. Brakuje w tej postaci jakiejkolwiek iskry, która mogłaby rozpalić wyobraźnię czytelnika. Quinn nie jest na tyle rozsądny i inteligentny by nazwać go dojrzałym facetem ani nie jest na tyle ekscentryczny, czy szalony by uznać go za typ młodzieńca romantycznego. Rice starała się chyba balansować pomiędzy rozumem, a sercem w prowadzeniu tej postaci, a w efekcie wyszedł jej nieco wyrośnięty Ritchie Milioner, którego ciężko obdarzyć choćby cieniem sympatii. Ciężko jest też zrozumieć dlaczego ktoś zdecydował się uczynić go wampirem, zaczynam podejrzewać, że ze względu na boski (oczywiście) wygląd. Ale to już u Rice standard - dodam, że bardzo męczący standard. Reszta bohaterów też nie prezentuje się różowo.
Kolejna postać, która potrafi doprowadzić każdego do podcięcia sobie żył czerstwą bułą to, znana z Czarownic, Mona Mayfair: oczywiście wiedźma, oczywiście piękna i ma coś nie tak z tą psyche. Romans między nią a Quinnem to najgorsza, najbardziej kiczowata i przesłodzona historia, napisana bez polotu, niewiarygodna i na siłę sentymentalna. Żeby nie było, że jest tak źle to owszem, przyznać trzeba, że znajdziemy w Blackwood Farm paru bohaterów, którzy jako tako utrzymują czytelnika przy życiu:
Rebeka - ciekawa postać bo tajemnicza - pojawiająca się tylko w retrospekcjach oraz w postaci...astralnej. No i wreszcie to, na co wszyscy czekali czyli nasz wspaniały, jedyny i OH MY GOD - Lestat. Sama treść obfituje w rozwiązania sytuacyjne przyprawiające co bardziej rozsądnego czytelnika o ataki dzikiego śmiechu. Wśród najgłupszych pomysłów pani Rice można znaleźć: picie gorącej czekolady z duchem; prezentowanie wyimaginowanego przyjaciela grupie psychiatrów, którzy nie widzą w tym nic niezwykłego; fakt, że główny bohater nie chodzi do szkoły i jest pozbawiony kontaktu z rówieśnikami przez całe życie; fakt, że główny bohater cały czas gada z duchem i jest jeszcze zdrowy na umyśle; fakt, że wampiry przyjmują komunię... Przykładów można by mnożyć, ale po co. Czytajcie sami pomiędzy wierszami. Summa summarum jest źle, a przecież mogło być znacznie lepiej, bo jak już napisałam na wstępie, ta książka ma jednak jakieś tam dobre strony, choć jest ich zdecydowanie za mało. W potoku banału, nudy i taniego sentymentalizmu autorka utopiła w sposób perfekcyjny to, co było najciekawsze. Jakie stąd płyną wnioski? |