Ereszkigal

Blackwood Farm - Wampir familijny


Recenzja wydania angielskiego

Blackwood Farm jest to książka całkowicie straconej szansy, w której jednak można zauważyć pewien potencjał, więc materiał nie był całkiem wyprany ze skądinąd ciekawych pomysłów.

Może więc napiszę najpierw o tym, co jest jedyną rzeczą sensowną w tej opowieści. Całkiem przyzwoicie prezentują się historie o duchach, tajemnice rodzinne; zaginiona Wyspa Cukrowego Diabła, położona gdzieś w niedostępnych rejonach bagien luizjańskich; wspaniała budowla, którą kazał wznieść na tej wyspie szalony Manfred i tajemniczy lokator ermitażu.
Dodatkową atrakcją i chyba nowością w galerii osobowości bohaterów Kronik jest wampir hermafrodyta o początkowo wybitnie lestatowych manierach i jego, o dziwo, krótko streszczona historia. No i wreszcie to, co Eri lubi najbardziej u Anne Rice czyli klimat, powracający z całą swoją bagienno-upalno-zamgloną siłą, a w to gorące piekło wrzuceni ludzie cywilizacji zachodniej. Te elementy, wymienione przeze mnie, prezentują się nadzwyczaj dobrze; można powiedzieć, że tropikalno-gotycki klimat powieści to już znak firmowy Anne Rice, a prezentowałyby się jeszcze lepiej jakby było ich trochę więcej zamiast...

I tu właśnie przechodzimy do tego, co w tej książce zgrzyta niemiłosiernie, a niestety są to najważniejsze elementy. Po pierwsze fabuła. Blackwood Farm opowiada historię życia pewnego bogatego mężczyzny... No nie, nie mężczyzny, chłopca, jako że jest to postać tak naiwna i infantylizmem podszyta, że żadną miarą nie można nazwać jej mężczyzną. Co tu kryć, żywot Quinna Blackwooda jest nudny i jałowy. Innymi słowy: ciężko bardzo jest się wciągnąć w akcję, a kiedy już jakimś cudem się to czytelnikowi uda, bardzo ciężko jest utrzymać zainteresowanie. Gdyby nie wyżej wymienione atrakcje książka byłaby całkowicie niestrawna, a tak mamy przynajmniej jakiś punkt zaczepienia.
Dodatkową bolączką jest rozwlekłość 'epicka' tej powieści, która nijak nie pasuje do skąpej ilości wydarzeń z życia Quinna. W efekcie otrzymujemy bogatą, bardzo szczegółową, ale też pełną kompletnie zbędnych detali i rozwleczoną jak - pardon za skojarzenie - guma z gaci soap-operę. Były owszem powieści Rice, gdzie taka fabuła miała sens. Myślę tu po pierwsze o Królowej Potępionych (choć w tym przypadku Rice nie uniknęła paru błędów) oraz o całym cyklu Czarownic z rodu Mayfair. Tam jednak ta szczegółowość i rozlewność była zbilansowana odmiennym typem narracji. Przede wszystkim trzecioosobowej i prowadzonej z wielu perspektyw, co nie pozwalało się nudzić oraz zbudowanej na zasadzie układanki, która zaczynała zlewać się w sensowną całość dopiero gdzieś tak w połowie każdej powieści, co pozwalało czytelnikowi na prowadzenie mini-śledztwa i zbieranie elementów tego quasi-puzzle.

Blackwood Farm natomiast jest to księga prawie 800-stronnicowa, o narracji pierwszoosobowej, czyli mamy tylko jednowymiarowy obraz fabuły, a na domiar złego o dość liniowej akcji, w stylu: 'urodziłem się dorastałem, uczyłem, podróżowałem, zakochałem' etc. Dodatkową wadą są typowe już dla Rice błędy w konstrukcji. Wstęp jest za długi, przegadany i śmiertelnie nudny - tym razem jako aperitif dostajemy list Quinna do Lestata i wątek towarzyszący jego dostarczeniu, a mający miejsce w mieszkaniu Lestata przy Rue Royal, a następnie w posiadłości Quinna, tytułowej Blackwood Farm, gdzie Lestat zostaje przedstawiony ciotce Queen.
Przez całą powieść daje znać o sobie dysproporcja opisów do akcji i dialogów, co dodatkowo spowalnia tempo narracji i niemiłosiernie nudzi, za to końcówka mknie na złamanie karku. Zagadka tajemniczego upiora, Goblina wyjaśnia się w przeciągu 20 chyba stron, podobnie jak dokonanie egzorcyzmu na owym duchu przez, znaną nam z poprzedniej Kroniki, Merrick, z czego Rice zrobiła mimochodem niezłą farsę.

Gwoździem do formalnej trumny jest język książki: banalny i infantylny. Pełno w opisach i dialogach powtórzeń bezsensownych, dotyczących spraw równie bezsensownych. Nadużywanie 'miodnych' słów takich jak; 'love, embracing, hughs, kisses, sweetheart, darling' etc. tworzy mieszankę wyjątkowo mdlącą i ciężkostrawną.

Drugim naczelnym problemem powieści, poza oczywistym wodolejstwem, jest koszmarnie pomyślany i napisany główny bohater - Quinn Blackwood, dziedzic całego majątku i oczywiście wampir. W skrócie opisać Quinna można w ten sposób: jest to rozlazły, nijaki, skrajnie porządny chłopczyna, mądrala, a zarazem przeciętniak. Brakuje w tej postaci jakiejkolwiek iskry, która mogłaby rozpalić wyobraźnię czytelnika. Quinn nie jest na tyle rozsądny i inteligentny by nazwać go dojrzałym facetem ani nie jest na tyle ekscentryczny, czy szalony by uznać go za typ młodzieńca romantycznego. Rice starała się chyba balansować pomiędzy rozumem, a sercem w prowadzeniu tej postaci, a w efekcie wyszedł jej nieco wyrośnięty Ritchie Milioner, którego ciężko obdarzyć choćby cieniem sympatii. Ciężko jest też zrozumieć dlaczego ktoś zdecydował się uczynić go wampirem, zaczynam podejrzewać, że ze względu na boski (oczywiście) wygląd. Ale to już u Rice standard - dodam, że bardzo męczący standard.

Reszta bohaterów też nie prezentuje się różowo. Kolejna postać, która potrafi doprowadzić każdego do podcięcia sobie żył czerstwą bułą to, znana z Czarownic, Mona Mayfair: oczywiście wiedźma, oczywiście piękna i ma coś nie tak z tą psyche. Romans między nią a Quinnem to najgorsza, najbardziej kiczowata i przesłodzona historia, napisana bez polotu, niewiarygodna i na siłę sentymentalna.
Wspomniany już wcześniej duch, Goblin to postać z pomysłem, którą niestety zepsuło wykonanie. Początkowo zachowujący jak schizofrenik na odwyku albo raczkujący berbeć, Goblin jest absolutnie przywiązany i lojalny wobec Quinna. Pazury pokazuje dopiero na końcu. Dlaczego na końcu? Dlaczego z Goblina nie można było uczynić niebezpiecznego, wrednego i niszczycielskiego ducha co najmniej już w połowie książki? Jest to kolejna bolączka Anne Rice, która ma wyraźne problemy z napisaniem czarnego charakteru.
Mamy jeszcze cala plejadę pomniejszych postaci: ciotunia Quinna (chodząca perfekcja), jego matka (piosenkarka country, histeryczka, pijaczka i narkomanka), dziadek Pops, który okazał się być bardzo jurnym staruszkiem... Poza tym: jakieś służące, jakieś doktorki, jakiś księżulo; nauczyciele, o których jest stanowczo za dużo powiedziane. Oni to, między innymi i niekończące się dygresje na ich temat, skutecznie rozwadniają całą fabułę.

Żeby nie było, że jest tak źle to owszem, przyznać trzeba, że znajdziemy w Blackwood Farm paru bohaterów, którzy jako tako utrzymują czytelnika przy życiu: Rebeka - ciekawa postać bo tajemnicza - pojawiająca się tylko w retrospekcjach oraz w postaci...astralnej.
Rebeka to dziwka, która chciała być damą, a którą spotkała kara za bycie wredną, i która jako duch szuka pomsty. Jest to jeden z ciekawszych wątków w tej historii. Drugą interesującą postacią i, rzec by można, najlepiej przez Rice napisanym bohaterem od paru ładnych lat, jest Petronia, starożytny wampir-hermafrodyta, o bardzo fajnym stylu bycia i sposobie zachowania się, przypominającym jako żywo... Lestata z kart Wywiadu z wampirem. Petronia kreowana jest na drugi, obok nieszczęsnego Goblina, czarny charakter. Szkoda tylko, że na końcu okazuje się, iż całe jej 'zło' było podszyte frustracją. Czy ja się doczekam w końcu wampira, który będzie absolutnie zadowolony z siebie i z bycia złym?

No i wreszcie to, na co wszyscy czekali czyli nasz wspaniały, jedyny i OH MY GOD - Lestat.
Napiszę krótko: najlepsze dla Lestata byłoby, gdyby go nie było. Tak naprawdę wcale go nie ma.
Ta postać nie jest Lestatem, nie zachowuje się jak on, nie mówi jak on (no, może poza 2 zdaniami) i jest tak samo beznadziejny jak reszta towarzystwa. Ale i do tego Rice zdążyła nas przyzwyczaić, problem leżał w oczekiwaniach czytelników. Zatem wyjaśnić sobie trzeba, co by uniknąć gigantycznego rozczarowania, że Blackwood Farm to historia Quinna Blackwooda, a nie wielki come back Lestata.

Sama treść obfituje w rozwiązania sytuacyjne przyprawiające co bardziej rozsądnego czytelnika o ataki dzikiego śmiechu. Wśród najgłupszych pomysłów pani Rice można znaleźć: picie gorącej czekolady z duchem; prezentowanie wyimaginowanego przyjaciela grupie psychiatrów, którzy nie widzą w tym nic niezwykłego; fakt, że główny bohater nie chodzi do szkoły i jest pozbawiony kontaktu z rówieśnikami przez całe życie; fakt, że główny bohater cały czas gada z duchem i jest jeszcze zdrowy na umyśle; fakt, że wampiry przyjmują komunię... Przykładów można by mnożyć, ale po co. Czytajcie sami pomiędzy wierszami.

Summa summarum jest źle, a przecież mogło być znacznie lepiej, bo jak już napisałam na wstępie, ta książka ma jednak jakieś tam dobre strony, choć jest ich zdecydowanie za mało. W potoku banału, nudy i taniego sentymentalizmu autorka utopiła w sposób perfekcyjny to, co było najciekawsze. Jakie stąd płyną wnioski?
Rice koniecznie potrzebuje dobrego edytora, który by jej wybijał z głowy głupie pomysły (przypomnę, że w połowie lat 90-tych autorka wywalczyła sobie zakaz ingerencji w jej książki przez edytora, co odbiło się fatalnie na jej ostatnich dziełach).
Wniosek drugi: w sumie dobrze, że Blood Canticle to jednak będzie ostatnia Kronika, bo zrobiło się to wszystko groteskowe i męczące, a Rice nie ma już pomysłów na nowe książki z tej serii.
Wniosek trzeci: mimo wszystko, szkoda wielka.