Anchesenamon

Blackwood Farm - recenzja


Recenzja wydania angielskiego

Przebrnęłam przez bagno kolejnej Kroniki Pani Rice: Blackwood Farm, w której nastąpiło nagłe i nieoczekiwane (przynajmniej dla mnie) połączenie Czarownic z Wampirzymi Kronikami. Nawet więcej; na niektórych czytelników - a w szczególności na wielbicieli tylko i wyłącznie Kronik Wampirzych, spadło TO niczym grom z jasnego nieba, bo nagle trzeba było zapoznać się z galerią postaci rodu Mayfair, ale od początku...

Mam wrażenie, że 'Ryżowa' nie tylko zobowiązała się do napisania jednej Kroniki rocznie, ale również zobligowała się, co do grubości napisanych ksiąg. Wszystko w porządku, jeśli istnienie każdej karty jest uzasadnione jakimś konkretnym zamysłem autora i czemuś taka objętość służy. W przypadku Blackwood Farm - grubość ta nie służy niczemu.

Przed przeczytaniem, spodziewałam się po tej książce: krótkiego opisu nowych bohaterów, wartkiej akcji, a przede wszystkim WIĘCEJ WAMPIRÓW. Niestety, rozczarowałam się. To, co mnie poirytowało już na samym początku to dialogi, rodem z Brazylii, Np:

Q: Mona, kocham cię; Jesteś najpiękniejszą kobietą świata.
M: To niemożliwe.
Q: Ja się z Tobą ożenię.
M: To niemożliwe. Nie możesz mnie poślubić...
Q: Mogę.
M: Nie możesz.

Wierzcie mi po przeczytaniu kilkunastu stron tej Kroniki uśmiech znika z twarzy.

W BF Anka karmi czytelnika, obszernymi opisami; a to wystroju wnętrz licznych sypialni, a to opisem tego, kto, kiedy i co zjadł na obiad i jak pięknie przy tym wyglądał; oraz innymi scenkami rodzajowymi: jak picie cafe au laite z zacną cioteczką. Nie rozumiem, czemu służą informacje typu: jaki film oglądał Quinn na dobranoc i dlaczego na śniadanie podaje się cafe au laite, a nie herbatę. Dzięki Bogu, że Anne nie wpadła na pomysł opisu wszystkich gatunków gadów i traw, występujących na bagnach farmy i żeby nie było zbyt nudno, podając przy tym łacińskie nazwy.

Drażni mnie landrynkowy świat BF. Oto świat według Pani Rice, na przykładzie BF: Tutaj wszystko działa na zasadzie klanu. Tutaj wszyscy wszystkich znają i często są ze sobą spokrewnieni; piękni, bogaci i wpływowi. Rodzina Quinna od wieku mieszka w Blackwood Manor. Dziedziczą ogromne sumy pieniędzy, opływają w luksusy i nikt nie zawraca sobie głowy wypełnianiem zeznań podatkowych. Sam Quinn, główny bohater Kroniki, mówi, że nikt nie wie skąd to bogactwo pochodzi i nikogo to nie interesuje. Mały Quinnek, porusza się wyłącznie limuzynami, lekcji udzielają mu prywatni nauczyciele, a w wolnym czasie biega z rozpiętym rozporkiem, uprawiając seks z każdą chętną białogłową. Seksualnych uciech smakuje również z prześladującym go Goblinem oraz innymi zjawami nawiedzającymi Blackwood Manor. Wieczorami bohater powraca do ukochanej ciociuni, aby ucałować jej zmęczone dłonie i stopy. Quinn to bardzo mądry, elokwentny 'Mały Szef', który dorastając w otoczeniu dorosłych zawsze wie, co, jak i kiedy powiedzieć. Ryżowa jednak przesadziła do tego stopnia, że maniery Quinna, wypowiedzi oraz niektóre staromodne zwroty w jego ustach, brzmią śmiesznie a nawet groteskowo.

W świecie BF, mężczyźni na codzień noszą garnitury Brooks Brothers, a kobiety do kotleta zakładają czerwone szpilki Prady. W większości bohaterowie tej Kroniki są biseksualni lub homoseksualni - bo 'żeby życie miało smaczek raz dziewczynka, raz chłopaczek'. Dalej: Jeśli ktoś znajdzie ludzką czaszkę na swojej posesji, to dzwoni do FBI lub zleca analizę DNA w pobliskim Mayfair Medical, którego właściciele to przedstawiciele innego potężnego klanu, dziedziczącego biliony. Natomiast, jeśli ktoś jest za bardzo nękany przez duchy, zawsze znajdzie się znajomy, elegancki Pan z Talamaski - kolejny klan potężnych i bogatych ludzi, którzy zbadają jego paranormalne zdolności i wyślą w cudowną podroż po Europie - w ramach tzw. odstesowania się. Nie wnikam w powiązania rodzinne, bo w tej książce trudno zorientować się 'Who is Who', a brazylijskich akcentów jest wiele.

Książka zainteresowała mnie dopiero pod koniec, kiedy pojawia się, zbyt długo oczekiwany, wampir. Wystrojony po same uszy w kamienie szlachetne, niczym choinka na Boże Narodzenie, dzieli się z Quinnem 'Darem Ciemności'. Po czym bohater z nowym bagażem doświadczeń spokojnie powraca na łono szczęśliwej rodzinki, do Blackwood. W rezydencji goszczą nowi przyjaciele Quinna - Merrick i Lestat. Historia kończy się oczywiście happy endem. Żyli długo i wiecznie.

Do najciekawszy wątków książki zaliczam: Wątek o Rebecce - który niestety rozszedł się (dosłownie) po kościach oraz o Starym Manfredzie. Plusik za pomysł stworzenia postaci Petronii oraz Goblina. Duży minus za nudną i bezbarwną postać Quinna, Lestata Katatonika - to prawda, Lestat miał kilka przebłysków dawnego, złośliwego humoru, jednak autorka częstuje go Komunią Świętą i wszystko wraca do 'normy' - niestety.

Anne Rice zanudza nas nie tylko zbyt długimi opisami czy bezbarwnymi, pozbawionymi wyrazu postaciami śmiertelników. Wampiry to biczujący się cierpiętnicy i malkontenci, sparaliżowani poczuciem winy. Bijący się w pierś pokutnicy, których przypadkowa śmiertelna ofiara, przysparza o płacz i zgrzytanie zębów.

Anne Rice stworzyła wampiry tak bardzo ludzkie, że aż żałosne. Armand powiedziałby: 'Zapomniała pierwszej lekcji: Wampir powinien być Potężny, Piękny i bez Żalu'. Właśnie za takimi wampirami tęsknię. Ja chcę intryg, walki, zdrady i nieszczęśliwych zakończeń.