Ereszkigal

Biesiada Wszytskich Świętych - ...ale wierny!

Czy już kiedyś Wam mówiłam, że Anne Rice ma pecha do ekranizacji swoich powieści? Że jak to niby, - zapytacie - a Wywiad z wampirem? Wszak to jeden z najlepszych filmów o krwiopijcach jakie kiedykolwiek urodziło kino. Tak, owszem, niestety owa wampiryczna perełka to zarazem wyjątek potwierdzający moją bolesną tezę. Łatwiej doprawdy wymienić wszystkie niezrealizowane projekty i kompletne klapy adaptacyjne twórczości Rice, niż chwalić się jakimiś super osiągnięciami.

Królowa Potępionych stała się żałosnym produktem, skrojonym pod gusta młodzieży z pokolenia MTV. Ucieczka do Edenu, może i słusznie, wywrócona na lewą stronę, skończyła jako kiepskiej jakości komedia erotyczna. Musical Lestat poległ sromotnie na deskach Broadwayu, a film, w postaci miniserialu, o którym chcę Wam teraz opowiedzieć, najlepiej opisuje słynne powiedzonko: mierny, bierny, ale wierny.

Feast of All Saints, u nas wyświetlany jako Biesiada Wszystkich Świętych, to produkcja mało znana, a gdyby nie nazwisko autorki powieści, pojawiające się w czołówce, zapewne nie skojarzylibyście go tak łatwo z Anne Rice. Serial, podobnie jak jego pierwowzór literacki, to melodramat rozgrywający się w środowisku Wolnych Kolorowych Ludzi*, zamieszkujących XIX wieczny Nowy Orlean. Głównym bohaterem jest młodzieniec o imieniu Marcel, idealista i romantyk, żyjący marzeniami o dekadenckim życiu w Paryżu, gdzie nikt nie będzie osądzał go za kolor skóry, ale za to, jakim jest człowiekiem. Na skutek takich, a nie innych społecznych uwarunkowań i tragicznych splotów wydarzeń, Marcela czeka jednak po drodze mnóstwo rozczarowań.

Co tu dużo kryć, powieść Rice do najlepszych nie należała. Przede wszystkim była koszmarnie przegadana, o ślamazarnie toczącej się akcji i ciężko było się nią emocjonować. Może trudno w to uwierzyć, ale serial na jej podstawie jest jeszcze gorszy, choć ma jedną niewątpliwą przewagę nad oryginałem: kondensuje tak wydarzenia z powieści, że cały czas coś się dzieje, a na rozterki i miłosne wzdychanie bohaterów nie ma już czasu. Jednocześnie cała fabuła powieści zostaje upchnięta w dwa około 50 minutowe odcinki z oczywistymi dla tego typu zabiegu konsekwencjami, na przykład spłyceniem charakterów większości postaci i marginalnym potraktowaniem, tych, którzy w powieści odgrywali znaczącą rolę: sztandarowym przykładem będzie tu postać Christophe'a Merciera.
Także 'nieoczekiwane' zwroty akcji z powieści, w filmie zostają nam wyłożone na samym początku, co zabija jakikolwiek suspens, albo na sucho zrelacjonowane tak, że brakuje im kompletnie dramatyzmu.

Przede wszystkim jednak największą wadą serialu jest to, iż jest on niemiłosiernie tani. Tani w złym słowa znaczeniu, bo ubogi budżet widać praktycznie na każdym kroku. Zdjęcia do filmu realizowano w Kanadzie, która ma udawać Nowy Orlean i co, jak łatwo zauważyć, staje się kompletnie niewiarygodne, choćby już ze względu na sam klimat. Wybudowane dekoracje XIX wiecznych kolonialnych uliczek wyglądają jak...wybudowane dekoracje. Dosłownie czujemy, że oglądamy miasteczko filmowe. Trudno w Feast of All Saints o tę filmową iluzję, dzięki której widz przymyka oko na pewne niedostatki i przekłamania. Podobnie zresztą rzecz się ma z kostiumami - są wyprasowane, wykrochmalone i jak spod igły.

Aktorstwo w filmie jest co najmniej kuriozalne. Z jednej strony zgromadzono na planie śmietankę amerykańskich 'kolorowych' aktorów, w tym mniej lub bardziej przebrzmiałe sławy, na czele z Jamesem Earlem Jonesem (niezapomniany Thulsa Doom z Conana Barbarzyńcy). Jego rola starego Marcela - narratora jest najlepsza w całym serialu. Oprócz niego wystąpili: weteran ekranu - Ossie Davis, Pam Grier, Eartha Kitt, Jennifer Beals (Flash Dance) oraz Gloria Reuben (Ostry Dyżur). Partneruje im Peter Gallagher jako biały plantator i jednocześnie ojciec kolorowego rodzeństwa, Marcela i Marie. W rolach młodych bohaterów tej opowieści wystąpili mało znani aktorzy telewizyjni.

Powinno być więc dobrze, bo sami aktorzy daliby radę udźwignąć ten film swoimi rolami. Niestety sprawę skiepszczono reżyserią, każąc wszystkim mówić z jakimś nieszczęsnym, wydumanym francuskim akcentem. Mam pewną teorię dotyczącą używania nienaturalnie brzmiącego dla aktora języka. Zbytnie skupianie się na tzw. 'prawdzie' kulturowej, językowej czy etnicznej prowadzi do tego, że aktor przestaje myśleć o swojej roli, ale koncentruje się na tym jak wypowiadać kwestie. W efekcie nie dość, że mamy film sztucznie zagrany i wymęczony pod względem językowym, to na dokładkę postacie stają się sztywne i papierowe. A wystarczyłoby, żeby pozwolono mówić aktorom w sposób naturalny, wtedy i im by lepiej się grało i efekt końcowy nie byłby tak niemiłosiernie teatralny.

Poza tym oczywiście trudno tu mówić o jakimś bardzo dobrym aktorstwie, skoro scenariusz nie dawał do tego podstaw, ale nie mam zbyt wygórowanych wymagań jeśli chodzi o produkcje telewizyjne, chociaż seriale HBO podniosły poprzeczkę naprawdę wysoko i spokojnie mogą konkurować z pełnometrażowymi filmami kinowymi.

Biesiada Wszystkich Świętych jest to więc klasyczny przykład zrobienia filmu na pół gwizdka. Z jednej strony porwanie się na stylowy, elegancki, typowo Rice'owy produkt pokroju Wywiadu z wampirem, a z drugiej kompletne przeliczenie się siłami. W sumie wyszło coś tak totalnie nijakiego, a miejscami żenującego, że ogląda się to jedynie z ciekawości, jako swoiste kuriozum. Oczywiście, jak pisałam wcześniej, serial chociaż mierny jest jednak wierny powieści. Znalazły się w nim wszystkie prawie wątki, podane tylko w nieco innej kolejności, skondensowane lub nieznacznie okrojone. Dzięki temu efekt końcowy, o dziwo, zadowolił samą autorkę**. Nareszcie nikt nic nie pozmieniał, adaptując jej ukochane książki na język kina.

Ja tam w każdym razie nie jestem przekonana. Wolę innowacyjne podejście do tematu, albo nawet całkowite wybryki nie do końca trzeźwych scenarzystów, niż pokorne schlebianie autorce. W końcu film powinien żyć własnym życiem, a kurczowe trzymanie się wyznaczonych przez literaturę ram, nie zawsze gwarantuje, że będzie on dobry.


* Szerzej o Wolnych Kolorowych Ludziach i fabule całej powieści piszę w mojej recenzji książki.
** Podejrzewam, że ma to ścisły związek z tym, że Anne Rice była także producentem wykonawczym serialu, a poza tym...jej gust pozostawia czasem jednak wiele do życzenia.


data publikacji: 15.08.2009. Wszystkie prawa zastrzeżone.