Ereszkigal

Godzina Czarownic- Epopeja nowoorleańska


Kolejna powieść Rice, która otwiera następną po Kronikach Wampirów sagę. Tym razem autorka zabrała się za...czarownice, ale na szczęście niepospolite i niepospolicie.

Forma powieści jest bardzo obszerna. To historia mająca wszelkie cechy sagi rodzinnej jak nasze rodzime Noce i Dnie- podobne gabaryty, podobna epicka rozlewność i mnogość postaci i wątków. Wszystko sprawnie opisane, połączone ze sobą w ścisłą i nierozerwalną całość. Widać, że pisarka całkowicie panuje nad tekstem.
Co do fabuły całej Godziny czarownic, to przede wszystkim rozwiązujemy podczas lektury zagadkę. Anne prowadzi nas po podobnych tropach jak w Królowej Przeklętych, z tym że niespiesznie, pomału, po drodze częstując całym bogactwem świata przedstawionego. Nie ma tu może bardzo gwałtownych zwrotów akcji, jednak atmosfera wyraźnie gęstnieje, a pod koniec wręcz nie możemy się doczekać zakończenia tej historii. Dodam tylko że zakończenie jest zaskakujące i dowodzi wielkiej wyobraźni autorki.

W Czarownicach uświadczymy kilka typów narracji. Rice łączy typową powieść tradycyjną z formą epistolarną (co przypomina trochę Draculę; listy, dzienniki, notatki, akta itp.). Ogólnie jednak jest to powieść typu...detektywistycznego, sensacyjnego. Przez całe cztery tomy mamy do czynienia z mnożącymi się zagadkami i podążamy pewnym tropem. Dlatego właśnie Anne utrzymuje nas w napięciu - po prostu musimy wiedzieć co się będzie działo dalej.

Postacie są wyraziste, żywe. Praktycznie oglądamy całą defiladę portretów rozlicznych bohaterów; od siedemnastowiecznego uczonego do ponadczasowego demona.
Duże napięcie fabularne-to jest zaleta numer jeden jej powieści-plus zaskakująca fabuła i olbrzymia wyobraźnia, której pisarce nie brakuje. Poza tym wszystko to jest pięknie uwiarygodnione historycznie.

Książka obfituje w bogactwo szczegółów; opisy mebli, architektury - wszystko od elewacji aż po sztućce ze srebra. Rice jest w opisach realistyczna aż do pewnych granic realizmu czy nawet naturalizmu, czerpiąc co najlepsze z takich autorów jak Scott, Dickens czy Zola. Opisy, z pozoru zwyczajne, oddają stan ducha bohatera, jakby realizm świata zewnętrznego wdzierał mu się w psychikę.

Pierwszy tom książki opisuje Nowy Orlean ze szczegółowością porównywalną do Joycowego Ulissesa. Drugi tom na tym wytraca, ale w trzecim mamy coś jeszcze - opis domu, dzielnicy, pogrzebu rodzinnego. Szczególnie zasługują na uznanie kontrastowo piękne opisy nawiedzonego domu z tomu pierwszego - rozlatującego się siedliska zła gdy Rowan rozmawia z Carlą, i tego samego domu, który Rowan i Michael próbują odmienić w tomie czwartym.

Język powieści jest bardzo bogaty, barokowy. W polskim tłumaczeniu mamy do czynienia z dziwnym zabiegiem rozbicia powieści na cztery tomy, przy czym każdy tom ma osobnego tłumacza.
Jednak pragnę zwrócić szczególną uwagę na tom drugi. Pani Hanna Pustula ma u mnie celujący za tłumaczenie i za stylizację - tak właśnie powinno się tłumaczyć Anne Rice, zwłaszcza jeżeli bohaterowie posługują się językiem sprzed trzystu lat, bo jeżeli nawet angielszczyzna nie zmieniła się tak bardzo od tamtego czasu to polszczyzna i owszem, i leciutka stylizacja dobrze książce robi. Osadzenie akcji głównie w Amsterdamie to majstersztyk, nie tylko dlatego, że nadaje powieści swoisty klimat, że książka tchnie atmosferą dawnych wieków, ale także dlatego, że jest małą perełką pod względem stylowym, która dodatkowo zdobi powieść.

Pomijając elementy fantastyczne i typowo przygodowe, mam pewna teorię co do znaczenia tej powieści.
Jest ona następująca: ta powieść jest jakby pomnikiem na cześć Nowego Orleanu. Cały opis tego miejsca ma w sobie coś czego nie da się podrobić - AUTENTYZM. To jest właśnie tak, kiedy Anne wie o czym pisze( a nie zawsze wie).
Tak naprawdę ona opisuje swoje życie w Nowym Orleanie. Opisała wrażenia jakie odniosła, kiedy powróciła tam z Kaliforni, opisała świat swego dzieciństwa ( głównie elementy opowieści Michaela). Opisała dom, w którym mieszka, opisała język, obyczaje, magię, voodoo...

To jest żywy, autentyczny obraz miasta w Ameryce i to co jest w tym najlepsze - nie jest to opowieść stricte realistyczna, nie żadne Przeminęło z Wiatrem .
To jest fantastyka, fikcyjna proza o czarach i demonach, o upiorach, których Anne Rice szukała jako dziecko w zrujnowanych domach w Dzielnicy Ogrodów. Nie wierzę, że ktoś inny może opisać to miejsce z większym autentyzmem i fascynacją niż ona; i o to tu chodzi. Rice jest najlepszym portrecistą tego miasta, bez niej Nowy Orlean chyba nie byłby tym czym jest, albo takim jakim się nam jawi być po lekturze jej powieści.

Cała książka jest jednym wielkim portretem tego miejsca; opis miasta jako taki, atmosfera, przyroda, klimat, ludzie, religia, magia, poszczególni bohaterowie- oni należą do Nowego Orleanu, nawet słowa należą do niego. Wszystko jest nim przepełnione. Czytając tę książkę siedzimy w Nowym Orleanie, oddychamy jego wilgotnym i stęchłym powietrzem i widzimy jego duchy, jego upiory. Nowy Orlean nie jest już jakimś tam miastem na mapie USA, dzięki Anne Rice istnieje też w naszych głowach.