Ereszkigal

Lasher - Czas tytanów?


Czy to bajka czy nie bajka...

Tak powinna zaczynać się ta książka.
Od razu napiszę co następuje: jest to powieść w mojej opinii gorsza od poprzedniczki.
Ale może najpierw plusy .

Na pewno Lasher to stara Anne Rice w dobrym stylu, czyli te najważniejsze elementy jej pisarstwa nie zawodzą: mamy porządną narrację; mamy o dziwo ciekawe postacie z problemami, niejednoznaczne moralnie; mamy piękny świat przedstawiony, czyli sagi nowoorleanskiej - w ogóle i w szczególe - ciąg dalszy.
Nie ma tu takich strasznych rewolucji światopoglądowych czy obniżenia jakości literackiej przez głupie wolty i niedorozwój postaci.
Miło jest poczytać sobie starą / nową Anne Rice, zwłaszcza po takich traumatycznych przeżyciach jak lektura Blackwood Farm, czy nudnych Blood and Gold i Pandory.

Postacie są dość ciekawe i akurat zarzut o słabo opisane kobiety , w przypadku czarownic, nie jest do końca uzasadniony. Mimo ze biedna Rowan Mayfair służy Lasherowi po trosze jako worek treningowy, a po trosze jako maszynka do rodzenia dzieci, to nie można powiedzieć, żeby Rice zamieniła ja w ślimaczącą się , rozlazłą babę. Końcówka książki też każe się zastanowić nad tą postacią, zwłaszcza zwrócić uwagę na jej zdecydowanie i determinację.

Obok Rowan- Michael, który ma swoje chwile słabości, ale w godzinie próby zachowuje zimną krew, zdrowy rozsądek i kieruje się prostymi i jasnymi zasadami. Jest on odpowiednim człowiekiem do wykonania tego arcytrudnego w końcu zadania, jakim jest pozbycie się Lashera.

Kolejna postać warta odnotowania to wujaszek Julien. Już w Godzinie Czarownic ciekawy i mile podniecający jako człowiek. Tutaj jest duchem opowiadającym historię swojego życia, które zaiste było fascynujące.
W ogóle wujaszek Julien to taki drugi Lestat. Zarówno zły jak i dobry, niegodziwy i rozpustny, ale w gruncie rzeczy tak do końca zepsuty nie jest. Opamiętuje się pod koniec i wie, że zniszczenie Lashera jest koniecznością. W efekcie postać starego rozpustnika da się lubić, tak samo jak lubimy Lestata kiedy morduje staruszki. Nie da się nie kochać wujaszka Juliena.

I wreszcie tytułowy bohater- Lasher- znów bardzo niejednoznaczna postać, którą Anne tak poprowadziła, że w finale nie wiemy po czyjej stronie stanąć. Lasher jest bardzo prostym, dziecinnym stworzeniem, łatwo się wzrusza i płacze z byle powodu, ale taka już jest natura taltosa- nie będę zdradzać za wiele na temat tych istot.
Wiadomo jednak, że Lasher knuje coś bardzo dla rodzaju ludzkiego niedobrego i powstrzymany zostać musi. Z drugiej strony wiecznie nam go żal, zwłaszcza kiedy czytamy o tym ile zła ludzie wyrządzali taltosom, i nie mowie tu tylko o społecznym ostracyzmie, sprawy miały się znacznie gorzej.

W ogóle rasa taltosow i Lasher reprezentują stały punkt programu riceowych powieści : czyli bohater outsider, żyjący na świecie i obok świata jednocześnie, który kiedy chce stać się człowiekiem zostaje za to ukarany. No cóż... los nie do pozazdroszczenia.
Mamy jednak szansę spojrzeć na te postać obiektywnie, bo Anne unika narracji pierwszoosobowej, często zastępując ja mową pozornie zależną, co zresztą wychodzi książce na dobre.

Konstrukcja powieści to riceowy przekładaniec- czyli wątki porozbijane na fragmenty przeplatają się ze sobą, narracja prowadzona jest z różnych punktów widzenia wykorzystując chwyt mowy pozornie zależnej.

No właśnie, czas na jakieś wady, bo jak napisałam mieszane mam uczucia co do tej powieści.
W Lasherze Rice chciała dać upust swojej fascynacji historią i kulturą Szkocji. No i co tu dużo mówić: Walterem Scottem to ona nie jest. Co prawda mamy aż za dobrze zarysowane tło, mamy daty, mamy postacie historyczne, mamy folklor, mamy kulturę, w to wszystko wplątane wojny religijne między katolikami a protestantami. Czyli powinno być dobrze.
Ale właśnie to jakoś nie bardzo pasuje do Nowego Orleanu i jego gorącego klimatu. W ogóle Wyspy Brytyjskie Anne powinna raczej zostawić w spokoju.
Poza tym pełno przy tej okazji wolt które skutecznie osłabiają czytelnika, jak na przykład fakt, że Lasher był synem ....pewnej królowej angielskiej. Nie lubię takiego zbliżania się fantastyki i historii, bo mnie to śmieszy i psuje mi klimat powieści swoją niedorzecznością.

Niedorzeczności tego typu i pomysły rodem z księżyca skutecznie osłabiają wartość tej powieści.
Pierwsza głupota to opisywanie bohaterów jakby byli kolejnymi wcieleniami małego Mozarta. Mona Mayfair w wieku lat 13 zna się na komputerach, giełdzie i rynku finansowym lepiej niż najlepsi ekonomiści i prawnicy. Poza tym jest mądrzejsza od swoich dorosłych kuzynów- prawników, wszyscy się jej słuchają i jej zdanie jest w rodzinie szanowane.
To samo tyczy Juliena , który mając dwa lata (sic!) czytał dzieła Platona i miał gadkę na poziomie 20-latka, a w wieku czterech lat już rozbuchane życie seksualne. W każdym razie Anne chce zrobić z małego Juliena coś lepszego niż mały Mozart, w efekcie otrzymujemy stek bzdur.

Zawartość fantastyki w tej powieści jest za duża w stosunku do rzeczywistości. Zawsze Rice ceniłam za to, że elementy fantastyczne w jej powieściach wkomponowują się niemal niezauważalnie w realia naszego świata.
Dzięki temu można zaakceptować obraz, który stworzyła, można w niego uwierzyć. To jest siłą jej powieści.
W tej książce jednak jest za dużo przesady. Na przykład kiedy już przełknęliśmy rewelacje o tym , że Lasher nie jest li tylko wcielonym w ciało demonem na podobieństwo Amela z Kronik, ale przedstawicielem innej, żyjącej obok ludzi rasy, tudzież gatunku, wyposażonego w podwójny zestaw chromosomów, o określonych cechach fizycznych, to przyjdzie nam niebawem zaakceptować fakt , że krasnoludki są na świecie i w tym momencie stanął mi przed oczyma Gimli...

Kolejny zarzut: natrętny biologizm wdziera się wszędzie, w mało apetycznych opisach, dodatkowo wzbogacony pseudo- naukowym bełkotem o genetyce, chromosomach, hodowaniu komórek, tkanek itp.
Niekończące się opisy ekskrementów, rozrodczości, łożysk, śluzów, strzępów tkanek, miazgi kostnej i innych równie fascynujących rzeczy, dają wrażenie jakby akcja powieści rozgrywała się na jednej wielkiej porodówce.

Nagle czarowność całej fabuły gdzieś się podziała, a przecież w tej sadze chodziło o wiedzmy, o czarownice, o świat duchów, uroków, voodoo. Nawiedzony klimat się ulatnia, styl dryfuje mocno w stronę fikcji naukowej i fantasy, co raczej jest średnio dobrym posunięciem jeśli chodzi o Anne Rice.

Podsumowując; nie jest źle, jest dobrze.
Choć powieść toczy się bardzo niespiesznie, podobnie jak w Godzinie Czarownic mamy typowa rozlewność "ryżową", to czyta się ja z zainteresowaniem, lubując się w tych szczegółach i szczególikach, które sprawnie napisane i poprowadzone nie nużą ani niepotrzebnie nie zapychają fabuły .
Znów mamy zagadkę do rozwiązania, znów mamy tropy literackie, którymi wiodą nas bohaterowie, choć końcówka nie zaskakuje.
W tej powieści Anne Rice po raz kolejny udowadnia ze ma niesamowitą wyobraźnię i umie bezbłędnie odnaleźć się w gąszczu wielorakich wątków fabularnych.
Wartość książki obniżają: kilka oczywistych absurdów, nie do końca uchwycony klimat Szkocji, dużo gorzej potraktowane tło historyczne i nade wszystko ten naturalizm biologiczny.
Jeśli zaś kto tęskni za erotyzmem typowym dla Rice to tu też go znajdzie, choć w Godzinie Czarownic było fajniej.