Corbeau

Merrick - recenzja


Pisana przez Davida Kronika opowiada 'coś'. Jak sądzę wampir David (intelektualista paranormalny) z wieloletnim stażem w Talamasce, po prostu nie potrafił napisać (lub spisać) sensownej wersji wydarzeń... Co gorsza, przeanalizować tych wydarzeń. Gdyby to zrobił, wiedziałby, że pisanie tego nie ma sensu (ukłon w stronę Madame Rice i jej ostatnich pomysłów na Kroniki).

Co ja mam tu napisać, żeby się nie powtarzać? Jak widzę, wszyscy mają słuszne 'ale' do tej książki. Mnie ona cholernie ubawiła. Nie wiem, ja już nie jestem w stanie podejść poważnie do ostatnich Kronik. Czasami wydaje mi się, że są one swoją własną parodią. Tak więc, kiedy czytam opis Lestata, a raczej w jaki to sposób 'kurz' osiadał na jego licach i włosach (i w ogóle postacie zakurzonego Lestata i Louisa w golfie wydają mi się cholernie śmieszne i przypominają bohaterów komediowych nieistniejącego już genialnego Kabaretu 'Potem'), staram się nie śmiać za głośno. Mój śmiech nie jest bynajmniej sarkastyczny, raczej sentymentalny z przymrużeniem oka. Jak już powiedziałam, czytam ostanie Kroniki 'pół żartem pół serio'. Czasami zastanawiam się, czy Ania ich czasami nie pisze 'niezobowiązująco'!

Tak więc.. co my tu mamy?

Davida i jego nową-starą przyjaciółkę Merrick. Nie zdziwiło mnie to. Jestem przyzwyczajona, że David to wampir z przeszłością. Zawsze lubił lolity i młodych efebów.

Merrick dziwnie przypomina Deborę z Czarownic: przeszłość, podejście do czarostwa, charakter, itp. Jej pseudo-platoniczny romans z panem Talbotem jest jakby lustrzanym odbiciem historii Debory i Petyra van Abla. Przynajmniej w swych początkach. Dla mnie była to powtórka z rozrywki. Merrick to oczywiście czarownica bardzo potężna (z tych czarnych Mayfairów dzięki Wujaszkowi Julienowi) lubiąca rum i ubierająca się trochę w stylu bohemy, przypomina stereotypowy obraz nowoorleańskiej madame voodoo (coś jak nasze wróżki cyganki). Jak na mój gust, to kolorowa postać, w pierwszej chwili może wydawać się 'niepozbierana', 'roztrzepana', 'nieodpowiedzialna'. Ten, kto odniósł takie wrażenie, nie mylił się zbytnio. Jej figlarny stosunek do voodoo i wampirów był czarujący. Podchodziła do spraw wampirzych i 'duchowych' hmm filuternie? Urzekła mnie jej voodooistyczna zabawa z Davidem i Louisem. Sam fakt, ze tak łatwo ulegli jej urokom, był doskonały w całej swojej kiczowatości. Mamy tu oto wampiry (kontrolerzy umysłów i takie tam)...aż tu nagle okazuje się, że są tak samo podatni na uroki (w tym 'miłosne') jak ludzie. Myśl pocieszająca jak również pociągająca (jak coś, to się zrobi lalę voodoo i Czarownice z Eastwick 2 - Demon w Nowym Orleanie jak się patrzy!)

Hm, tak, ale gdzie ja to byłam.... no tak Merrick.
David przychodzi z wielką prośbą do naszej Czarownicy i (pomiędzy niekończącymi się retrospekcjami, wciąganiem głęboko w płuca jej zapachu, 'spozirania' w jej biust, innymi retrospekcjami, analizowaniem swoich 'wempajer sensejszyns' i jako to one się mają do tych krągłości Merrick) oznajmia jej, że Louis bardzo potrzebuje jej...a raczej jej zdolności by przywołać ducha Klaudii...i tu zabawa się zaczyna.

Powody, dla których Pan du Lac pragnie sprowadzić ducha 'tej małej' nie do końca są zrozumiałe, a przynajmniej nie są dla 99% czytelników. Jasna sprawa, iż czytelnik zdążył się już przyzwyczaić do pełnych filozoficznego cierpienia monologów Louisa, ale tym razem nasz wampir zachowuje się jak człowiek, który natychmiast potrzebuje nie czarownicy, ale pomocy psychologa. Chociaż z drugiej strony w tym szaleństwie jest metoda. Jak wiemy miłość jest ślepa, zamyka nam oczy, jest toksyczna...i czasami silniejsza jest od śmierci. Chyba taką miłość żywił Kreol do demonicznego dziecka. Jeżeli przyjąć to za pewnik, łatwiej jest rozumieć tragiczną nieugiętość Louisa.

Merrick, po kilku głębszych, decyduje się pomóc i to bynajmniej nie z powodu wrodzonego altruizmu, jak się później okaże, ona to sobie wszystko zaplanowała (raczej jej wujcio). Ot taka Mayfairowska kalkulacja...

Cóż Lestat? Lestat przypomina katatonika. Lestat śpi, nie śpi, słucha Mozarta, śpi słuchając. Podsumowując: Lestat słucha żeby zasnąć, śpi żeby się następnie obudzić i zmienić płytę i ewentualnie odzienie, poczym znowu zasypia słuchając...'pełno go, a jakoby w ogóle nie było'...Nic to, może i się kurzy, ale za to jak!

Potem spamowo następuje fala retrospekcji - dżungla i Merrick, dżungla Merrick i David, David i Merrick...i dżungla. Szczerze powiedziawszy nie pamiętam o co tam naprawdę chodziło, o wspomnienia i nieskonsumowany romans?

Wywoływanie ducha Klaudii przez Merrick był bodaj najśmieszniejszym momentem książki na równi z wskrzeszeniem Louisa. Jeżeli obrażam czyjeś uczucia religijne to przepraszam! Obraz Merrick w masce ala 'afrykany' unoszącej ręce w kierunku tego jej ołtarza, recytującej zaklęcia w stylu: 'przyjdziesz, bo ja tak chcę, bo ci Honey rozkazuje', wywołał u mnie spazm niczym niezmąconego śmiechu...A potem...

A potem stała się ciemność i 'nadejszła wielkopomna chwila', trzem parom oczu ukazała się Klaudyś nad wielkim kotłem (czy ktoś oglądał Hokus Pokus?)...i natychmiast zaczęła besztać Louisa (ja bym natychmiast odłożyła słuchawkę!). A ja myślałam ze najpierw będą kwiatki, jakaś kawa może. Natychmiast poczułam ochotę krzyknąć do niej: 'eeee chwila, mała, spokojnie! Zaraz...qurfa...niech wyciągnę notatnik i ołówek! Czyli, że chcesz o tym pogadać? Dobra wal!' Zrobiło mi się żal Louisa. Potem zrobiło mi się żal Klaudii. A potem żałowałam ich oboje. Gdzieś w odmętach pamięci tłukły mi się powtarzane przy każdej 'duchowej okazji' słowa: 'jesteśmy nieśmiertelni ale gdy umieramy, nie wracamy'. Zawsze rozumiałam przez to, że gdy wampirowi udaje się umrzeć, jego dusza hmm 'znika', a tu taka siurpryza. No cóż, Rice najwyraźniej zmieniła zdanie lub to jej niekonsekwencja. Gdy córeczka kończy swoją monodramę znika, uprzednio dźgając tatę w pierś. Louis odchodzi. David nie odchodzi, zostaje z Merrick i oboje przystępują do 'miziania'. Ogólnie wszyscy mają wielki znak zapytania nad głową, łącznie z czytelnikami jak sądzę, oprócz Merrick - ona ma zakrwawioną sukienkę i sprytny plan.

Jego skutki widać już następnej nocy, kiedy to du Lac pragnie spotkać się z Merrick. Zdaje się, iż Louis, poza kilkoma lakonicznymi uwagami, nie pamięta o wydarzeniach ubiegłej nocy - żadnej traumy, żadnych 'Mon Dieu!, moja Klaudia, moja mała Klaudia ona mnie nienawidzi'. Nic poza usilnym pragnieniem spotkania z Merrique. David wykminił (w końcu zna się na tym), że to musiała być sprawka Merrick. I była.

Lestat oczywiście kontynuuje kurzenie się jak szlag i śpi słuchając, albo słucha śpiąc.

Jeżeli ktoś czekał na niespodziankę, to dostał ją w postaci Merrick le Vampire produced by The Vampire Louis inc. Oczywiście, nie było mowy o przeprowadzeniu wywiadu z 'makerem', gdyż postanowił odejść z tego świata. Gdy nasza czarownica wraz z Davidem odnajdują go, jest on już zwęgloną skorupą leżącą w trumnie. Tu następuje kontrolowana histeria i zgrzytanie zębami oraz: 'Lestat, kurwa ty sobie śpisz, a tu Louis popełnił se-puku'. Lestat oczywiście się zjawia w całym swoim zakurzonym majestacie, jak czarny rycerz w zakurzonej zbroi, bez konia. Śmierć Louisa to taki chwyt - zwrot akcji, żeby czytelnicy nie usnęli. W końcu to Louis! Anne Rice dobrze wie, że mordując jedną z głównych postaci popełniłaby finansowe hara-kiri, wiec teraz musi nastąpić wielki finał. Bohaterowie pukają w twardego Louisa z pytaniem: 'anybody there?'. Jak można było przewidzieć, jedynym ratunkiem jest krew Lestata - jako że Lestat to wampir super-hiper-doskonały, a jego krew to chyba powinna mieć swoją własną markę i patent? Do reanimacji Louisa przystępują również Merrick i David. Louis wraca do życia silniejszy niż kiedykolwiek, piękniejszy niż kiedykolwiek, bardziej demoniczny niż w przeszłości, mniej ludzki, bardziej zwampirzony i... cierpiący na amnezję? Czy poza mną, ktoś pamięta, że wywoływanie ducha Klaudii miało miejsce? Z drugiej strony, może dobrze, że Louis wydaje się nic nie pamiętać, być może to sprawka Merrick i jej długoterminowego uroku. Ehh, nie mam nic przeciwko temu.

Zresztą pojawia się ważniejszy problem, Talmasca wysyła list z 'prośbą' o bezzwłoczny zwrot Merrick. Haha! Prośba jest w istocie groźbą, którą tłumaczyć należy tak: 'jak nie oddasz nam Merrick w stanie nienaruszonym to zobaczysz, że nie jesteśmy tylko grupą geriatrycznych dziadków'. Lestat wpada w furię, i ja też. Oczywiście Lioncourt a to dąsa się, a to złorzeczy, ale w końcu ulega. Cala czwórka opuszcza Nowy Orlean na pewien czas. Koniec.

Jakby to teraz wszystko podsumować? Eeetam.