Sługa Kości: cytaty

tłum. Maciejka Mazan

Skurczył się, choć nieznacznie; splątana grzywa ciemnych kędziorów znikła. Miał teraz schludną fryzurę nowoczesnego biznesmena. Nawet jego obszerna koszula przekształciła się w godny pochwały i nieskazitelnie skrojony czarny garnitur, a on sam stał się... na moich oczach... stał się Gregorym Belkinem.
- Tak - odezwał się. - Tak wyglądałem w dniu, w którym dokonałem wyboru i na zawsze utraciłem moją moc, kiedy przybrałem prawdziwe ciało i prawdziwy wyraz cierpienia. Wyglądałem tak jak Gregory, kiedy go zastrzeliłem.
Zanim zdołałem wyrzec choć słowo, znowu się zmienił; jego głowa stała się masywniejsza, rysy - bardziej wyraziste, czoło szersze i bardziej wypukłe, a na miejsce zaciśniętych w linijkę ust Belkina pojawiły się wargi cherubina. Płonące oczy powiększyły się pod grubymi brwiami, które obniżały się przy uśmiechu, nadając i jemu, i intensywnemu spojrzeniu tajemniczy i uwodzicielski wyraz.

[Azriel zmienia swój wygląd]



- Tak, duch, Sługa Kości. Widziano mnie w moim bólu. Nigdy się nie dowiem, kto mnie przywołał. Może tylko jej śmierć, jej mroczne i straszne piękno. Nigdy nie będę tego wiedział. Ale teraz widzisz, teraz czujesz, jak prawdziwy jest ten kształt, który dotąd stanowił jedynie mgłę. Bóg przyodział mnie w dawne ciało; sprawił, że coraz trudniej jest mi znikać i wracać; wtapiać się w powietrze, nicość i znów się z niej wyłaniać. Co się ze mną stało, Jonatanie? Tak bardzo rosnę w siłę w tej ludzkiej postaci, że boję się, iż nie mogę umrzeć. Że nigdy nie umrę.

[Azriel do Jonatana]



O mój przyjacielu, czymże było chodzenie po tej ulicy! Czym było spoglądanie na ściany lśniące glazurą błękitnych cegieł, mijanie złotych smoków Marduka!...
Ale choćbyś schodził starą Drogę Procesji wzdłuż i wszerz, poczułbyś jedynie przedsmak tego, czym był Babilon. Wszystkie nasze ulice były proste, wiele z nich pokrywał bruk z wapienia i czerwonej brekcji. Mieszkaliśmy w miejscu jakby całym wykutym z półszlachetnych kamieni. Wyobraź sobie miasto pełne glazury i emalii w najpiękniejszych kolorach, pomyśl o wszechobecnych ogrodach.

[Azriel wspomina Babilon]



Kiedy skończyłem jedenaście lat, zostałem zaprowadzony do samej świątyni - paź, jak to było w przypadku wielu bogatych żydowskich chłopców - i wreszcie ujrzałem potężny posąg Marduka we własnej osobie, boga w jego najświętszym sanktuarium na szczycie wielkiego zikkuratu Etemenanki. Wszedłem do wewnętrznej świątyni w towarzystwie kapłanów i raptem uderzyła mnie najdziwniejsza myśl pod słońcem! Wielka statua była o wiele bardziej podobna do mnie niż ta mała, która także - jak mi się zawsze zdawało - miała rysy wyraźnie przypominające moje.
Oczywiście nie powiedziałem tego na głos. Ale kiedy przyglądałem się potężnemu Mardukowi, wielkiemu złotemu Mardukowi, posągowi, w którym bóg żył i rządził, i w którym powinien być obnoszony w dorocznej procesji noworocznej - statua uśmiechnęła się do mnie.

[Azriel w świątyni]



Szaleństwo u władców jest zjawiskiem powszechnym. W gruncie rzeczy sądzę, że do rzadkości należy król obdarzony zdrowym umysłem. Gilgamesz oszalał. Nabonid był szalony. W każdej znanej mi historii faraon zachowywał się jak obłąkany.
A ja to rozumiem. Rozumiem to, ponieważ spoglądałem w twarz Cyrusa Persa i Nabonida, i ujrzałem, że władcy są samotni, całkowicie samotni. Spojrzałem w twarz Gregory'ego Belkina, samozwańczego króla, i dostrzegłem to samo osamotnienie i straszliwą słabość: bez matki, bez ojca, bez granic władzy - gdyż klęska jest udziałem wszystkich królów. Spoglądałem w twarze innych władców, ale o tym wspomnimy później, ponieważ moje uczynki jako złego Sługi Kości nie mają w tej chwili znaczenia, choć za każdym razem, gdy przerywałem ludzkie życie, niszczyłem wszechświat, czyż nie?

[Dywagacje Azriela]



- Nie, jestem bogiem i to potężnym. Gdyby taka była moja wola, mógłbym zmieść ten rynek, ten ogród w jednej chwili, uderzeniem wichru. To łatwe. Mówię, że bogowie nie wiedzą wszystkiego, a opowieść o tym, jak Marduk stał się przywódcą bogów, jak zabił Tiamat, jak wzniósł wieżę sięgającą nieba... cóż, albo o tym zapomniałem, albo staję się słaby i pamięć już mnie zawodzi. Bogowie mogą umierać. Mogą się rozwiewać. Tak jak królowie. Mogą zapaść w sen i trzeba wiele czasu, by ich obudzić. Kiedy nie śpię i jestem gotów do działania, kocham Babilon, a Babilon odpłaca mi tym samym.

[Marduk do Azriela]



Rozjaśnił się złocistym światłem; w jego oszalałych oczach widziałem, że bije ono z wnętrza, a kiedy Babilończycy i Żydzi przyglądali się temu, on czerpał z nich siłę, dzięki której światło stało się jeszcze silniejsze. Odezwał się donośnym głosem, głosem ponad ludzkie wyobrażenie, który wstrząsał kratami i odbijał się echem od ścian:
- Odejdź ode mnie, Enochu, wraz z twoim plemieniem. Wybaczam ci złe słowa. Twój Bóg nie ma twarzy ani litości. Wezwę teraz wiatr, by was rozpędził!
I wiatr uderzył. Spadł z ogromną siłą sponad dachów, pełen piasku wiatr znad pustyni. Złota postać Marduka nagle urosła, ale ja wiedziałem, że to iluzja, ponieważ zaczęła blednąc, i kiedy tak stałem, zapatrzony, Marduk nagle eksplodował deszczem złota, a tłum kompletnie oszalał.

[Marduk demonstruje swoją moc prorokowi Enochowi]



Tymczasem pomiędzy kapłanami zapanowało poruszenie. Do naszego stołu przyniesiono na marach jakiś pękaty kształt owinięty w płótno. Słudzy z pochodniami unieśli materiał. Spojrzeliśmy i zabrakło nam tchu.
Była to statua procesyjna, pęknięta, a z jej toczonego zgnilizną wnętrza wystawały kości, które chyba należały do człowieka. One także gniły, a w miejscu, gdzie pękła powlekana złotem emalia, wyzierała połowa czaszki. Cała postać leżała w pohańbieniu i zniszczeniu.



Zostaniesz bogiem. Pójdziesz w procesji. Zostaniesz pokryty delikatnie złotem, choć stara formuła chyba się gdzieś... zapodziała? - Rzucił spojrzenie arcykapłanowi. - Pod tą pokrywą pozostaniesz żywy. Musisz żyć na tyle długo, by uścisnąć mi dłoń i unieść drugą rękę do swych poddanych. I będziesz żyć przez trzy dni, by zwalczyć siły chaosu, a potem wrócisz wraz ze mną na Podwórzec Esagila, gdzie zostanę ogłoszony przez ciebie królem.
(...)
Potem złoto stwardnieje i umrzesz. Przez pewien czas będziesz jeszcze widział i słyszał, ale umrzesz, a kiedy zobaczą, że oczy twe gniją, wyłupią je, a na ich miejsce wprawią oczy z drogich klejnotów, i posąg Marduka stanie się twym grobem.

[Cyrus do Azriela]


Czułem się niczym człowiek zupełnie pijany, więc nic nie miało dla mnie znaczenia. Pokrywa złota twardniała na mnie. Czułem jej pieszczotę, tak jak mnie uprzedzili. Przynajmniej pewnie stałem na nogach, a adiutanci trzymali mnie krzepko, żywa i ciepła ręka Cyrusa ściskała mocno moją dłoń, on sam z kolei machał, kłaniał się i wykrzykiwał tysięczne powitania do gorliwych mieszkańców Babilonu.
Kiedy tak łódź sunęła rzeką, przyszła mi do głowy śmieszna myśl. Na obu brzegach stały tłumy. A ja pomyślałem: Wydaje mu się, że to wszystko dla niego, dla Cyrusa. A to po prostu Babilon. Babilon urządził wielką zabawę czy procesję, tak jak to często robi, a Cyrus nigdy nie widział, jak całe miasto szaleje, tańcząc i pijąc, toteż jest pod wielkim wrażeniem. A zatem niech się baw

[Azriel podczas procesji]



Pojawił się pierwszy lew i podszedł do mnie. Zdawało mi się, że Persowie cofnęli się pod ściany. Czułem zapach ich strachu. I znowu wybuchnąłem śmiechem.
- To takie zabawne - powiedziałem. - Ja jestem na wpół martwy, a ten lew się zatacza.
Nagle zwierzę skoczyło, a obaj kapłani musieli mnie podtrzymać, żebym nie upadł pod jego ciężarem. Uniosłem miecz. Wezwałem moją złotą emalię, by dała mi siłę, i przeszyłem serce lwa. Jego gorący, cuchnący oddech uderzył w me nozdrza, a język musnął wargi, a potem zwierzę przewróciło się, niezdarne, martwe, tłum zaś śpiewał, śpiewał, śpiewał o odwadze.

[Azriel zabija lwy w Domu Sądu Bożego]



I oto, gdy zbliżał się ku mnie wielki jedwabny smok, mocno zszyty, z wygiętymi złotymi żebrami, ujrzałem, że jest pełen pszczół. Owinięto go wokół mnie i zostałem uwięziony w jedwabnym namiocie. Smoczy ogon nakrywał mi nawet głowę. Dobiegł mnie trzask rozrywanego materiału. Pszczoły zostały wypuszczone i pokryły całe ciało.
Byłem zrozpaczony. Lecz moje stopy nie chciały nawet drgnąć. Ale żądła pszczół nie potrafiły przebić złota, a kiedy owady podeszły do mych oczu, przymknąłem powieki i stopniowo zdałem sobie sprawę, że pszczoły umierają. Umierały od własnego jadu i być może od zawartej w złocie trucizny.

[Azriel w Domu Sądu Bożego]



Byliśmy w komnacie, w której palił się wielki ogień, stał kocioł pełen wrzącego złota, a powietrze niemal wrzało. Asenath rozłamała glinianą kopertę starej tabliczki. Wyrzuciła tę osłonę, jakby była ona nędznym śmieciem, i uniosła tajemną tabliczkę ku światłu pochodni.
(...)
Potem Asenath zaczęła czytać, lecz nie były to słowa sumeryjskie, tylko hebrajskie, stary hebrajski z krainy Kanaan.
- ...i by ujrzał swą śmierć i by ujrzał swą duszę, celem i ducha, i ciało razem ugotowane w kościach, by żył w kościach, na wieki, przywoływany jedynie przez Pana, który będzie znać jego imię i zawoła je...
- Nie! - krzyknąłem. - To nie jest zaklęcie! To po hebrajsku. Klątwa. Ty kłamliwa wiedźmo.
(...)
- By ujrzał całego siebie widzialnego i niewidzialnego, i by wszystkie płyny z jego ciała wygotowały się i przeniknęły przez kości i by był on związany z tymi kośćmi i tym, który jest ich Panem, i by nie pochłonęły go ciemności Szeolu ani wieczne życie u boku Boga.
- Marduku! - krzyknąłem.
Poczułem, że ktoś popycha mnie do tyłu i rzuca we wrzące złoto. Krzyczałem i wyłem. To było niewyobrażalne. Nie wierzyłem, bym naprawdę czuł taki ból. Nie wierzyłem, by spotkało mnie coś takiego, by wrzące złoto zalało mi usta i zalepiło oczy!
A kiedy wydawało mi się, że oszalałem, oszalałem z przerażenia i bólu, że nie zostało we mnie nic z człowieka, wystrzeliłem nagle z kotła, uwolniony od ciała, które pływało i gotowało się w kotle, z jednym okiem ponad burzącym się złotem.
Ciało, które należało do mnie! Ale mnie w nim nie było.

[Azriel zostaje zmieniony w Sługę Kości]



Jeszcze nigdy, przez całe swoje ludzkie życie nie odczuwałem tak wielkiej rozkoszy, nigdy nie czułem się tak silny i wolny. Zdaje się, że zaciskałem zęby ze szczęścia. Odebrałem miecz jednemu z nich i posiekałem wszystkich, co do jednego, na kawałki, bez trudu odcinając ręce, co chciały ich bronić, zdejmując głowy z korpusów i rozrzucając nogi. Następnie spojrzałem w płomienie. Upuściłem miecz i wszedłem w ogień, a potem z niego wyszedłem. Nie zadał bólu mojemu ciału ani nie umniejszył jego podobieństwa do ciała ludzkiego! Wydałem z siebie ryk, który chyba słyszano nawet w piekle. Byłem histerycznie szczęśliwy.

[Azriel zabija pustynnych bandytów]



Wyszedł na środek pokoju. Wysypał na podłogę wszystkie kości. Odstąpił o krok, wyciągnął ręce, a potem opuścił je powoli, aż przykucnął, z jego ust popłynęła litania perskich zaklęć - i ujrzałem, że z jego rąk coś się wydziela, niczym rozgrzane powietrze ponad ogniem, lecz nie bardziej widoczne niż ono.
Ku memu zdumieniu kości same ułożyły się w kształt człowieka przygotowanego do pochówku. Zurvan nadal wymawiał magiczne słowa, jednocześnie czyniąc dłonią siekące gesty, zupełnie jakby szył. Przyciągnął do siebie wielki kłąb grubego drutu, miedzianego lub złotego, lub jeszcze innego, nie potrafię powiedzieć, po czym powtarzanymi wciąż gestami przeciągnął go przez cały szkielet, nawlekając kości po kolei, niczym korale. Połączył drutem kość po kości, nie dotykając niczego, samymi ruchami, ale nad rękami i nogami szkieletu, mającymi tak wiele drobnych kosteczek, zawiesił dłonie na chwilę. Potem przeszedł do żeber i miednicy, i wreszcie, długim zgarniającym gestem prawej ręki, złożył kręgosłup i połączył go z czaszką. Wreszcie wszystko było przewleczone drutem. Można by teraz powiesić szkielet na haku, by klekotał na wietrze.



W życiu ma się jeden jedyny cel: należy być świadkiem i rozumieć w miarę możności złożoną istotę świata, jego piękno, tajemnice, zagadki. Im więcej rozumiesz, im pilniej się przyglądasz, tym większe jest twoje upodobanie do życia i pragnienie pokoju. To wszystko. Reszta to zabawa i gry. Jeśli coś nie bierze korzeni w 'kochać' czy 'uczyć się', nie ma żadnej wartości.

[nauki Zurvana]



ujrzałem owe wysokie postacie z nieruchomymi oczami, lecz o ludzkich kształtach i wyraźnych twarzach. Widziałem nie tylko te, które na mnie spoglądały i wskazywały, lecz chmary innych. Zapełniały całą agorę. Uniosłem wzrok i dostrzegłem inne, promienne duchy. Wydałem cichy okrzyk. Owe promienne duchy nie były udręczone, gniewne, zagubione czy poszukujące, lecz wydawały się pełnić rolę strażników ludzi żyjących, jako bogowie lub anioły, a widziałem je, jak daleko sięgał mój wzrok.
Pojawiały się i znikały szybko. W rzeczy samej, cały świat duchów znajdował się w ciągłym ruchu, same zaś duchy można by podzielić wedle ich poruszania się - cienie zmarłych były ślamazarne, duchy starsze powolne i bardziej ludzkie, a owe byty anielskie, te radosne, przemieszczały się z szybkością, której oko ludzkie nie potrafiło uchwycić.

[świat duchów]



Wzniosłem się w wyższe rejony owych radosnych istot i wszystkie natychmiast zwróciły się ku mnie ze zdumionymi minami, po czym łagodnymi gestami nakazały mi wrócić na dół. W ułamku chwili otoczyły mnie, a wiele z nich miało niewyraźne, lecz migotliwe sylwetki, niektóre nawet skrzydła, a inne długie białe szaty, lecz wszystkie nakazywały mi wracać na ziemię, wskazywały w dół, czyniły gesty i napominały mnie, jakbym był dzieckiem, które zbłądziło do sanktuarium. Nie było w nich gniewu ni pogardy, wskazywały jedynie w dół i mówiły, że muszę odejść.

[duchy wyższych rejonów bronią Azrielowi wstępu do Nieba:)]



Nie, nie pragnę zemsty. Nie. Nie pamiętam aż tyle, by jej zapragnąć, nic więcej jak tylko to, że nie tęsknię za życiem. Nie tęsknię. Jest coś, czego pragnę... umrzeć... spocząć, zasnąć, leżeć martwy w wonnej ziemi... albo ujrzeć światło, gdy się z nim scalę, maleńka iskra bożego ognia, która powróciła, skąd przyszła. Śmierci pragnę najbardziej... nawet bardziej niż owego światła. Jedynie spokoju śmierci.

[pragnienia Azriela]



Zabijając, niszczysz cały wszechświat wierzeń, uczuć i pokoleń w tej jednej osobie, której odbierasz życie. Ale kiedy czynisz dobro, jest to niczym wrzucenie kamyka do wielkiego oceanu, który faluje przez całą wieczność, a żadna fala, nawet te tak odległe, w Italii czy Egipcie, żadna z nich nie ma sobie podobnej. Dobroć niesie ze sobą więcej mocy niż zabijanie.

[nauki Zurvana]



Pamiętam Aleksandra, jak leżał na łożu, wokół niego płonęła aura równie płomienna jak aura Cyrusa, króla Persji. I choć umierał, był bardzo piękny i dziwnie czujny.
Obserwował własną śmierć i nie walczył, by pozostać przy życiu. Nie czepiał się go. Tak jakby wiedział, że to musi być koniec. Nie przypominam sobie, by rozpoznał we mnie ducha, a ja przybrałem postać namacalną i bardzo szczegółową.
Pamiętam, jak wróciłem do mojego ówczesnego Pana i powiedziałem mu: 'Tak, ten, który podbił cały świat, umiera'.

[Azriel ogląda śmierć Aleksndra Wielkiego]



Rachela skoczyła.
Podbiegłem do balustrady, odepchnąłem ich na boki i spojrzałem do ogrodu, gdzie leżała krucha i pusta skorupa jej ciała. Wokół niej majaczyło światło.
- O Boże, zabierz ją, proszę - wymówiłem słowa modlitwy w moim starym języku.
Potem światło zajaśniało i uniosło się prosto w górę i przez chwilę wydawało mi się, że niebo po południowej stronie przeszyła błyskawica, eksplodowała za chmurami - lecz to tylko ona przemknęła na ich tle. Uniosła się i zdaje się, że przez chwilę widziałem bramy niebios.
W ogrodzie pozostały tylko grządki egipskich lilii i jej puste ciało, nietknięta twarz, wzniesiona ślepo do góry.

[śmierć Racheli]



Otworzyłem drzwi pieca i ujrzałem nietknięte kości. Zwykły stary szkielet. Wyjąłem go i trzymałem, zwisał i kołysał się na nowym drucie, a potem wezwałem siłę, bym mógł uczynić moje dłonie podobnymi stali, i zmiażdżyłem własną czaszkę, gniotłem ją i kruszyłem w dłoniach tak długo, aż wysypała się spomiędzy nich jak pył, złoty pył.
Wszystko to zrobiłem w niewidzialnej postaci, kość po kości, zgniatając je w dłoniach i miażdżąc, dopóki nie został z nich sam pył, migoczące drobiny złota.
Wirowały ku kratkom wentylacyjnym. Otworzyłem okno wychodzące na ulicę, a ów pył wyfrunął przez nie z wielkim podmuchem świeżego powietrza.
Stałem i przyglądałem się, dopóki wszystek nie zniknął z moich oczu, a wtedy przywołałem wiatr, by oczyścił pokój, by wyniósł każdą drobinę w świat, nawet tak maleńką jak złoty łebek od szpilki.

[Azriel niszczy swoje kości]



Kiedy będziesz pisać moją historię, nie obawiaj się nazywać mnie Sługą Kości, gdyż tym właśnie jestem nawet teraz, tylko nie są to kości zdradzonego babilońskiego chłopca, ani kości złego maga w pokoju oświetlonym świecami, ani knującego kapłana, ani króla śniącego o sławie. Jestem Sługą Kości, które leżą w wielkiej dolinie opisanej przez Ezechiela, kości wszystkich naszych ludzkich braci i sióstr.
Przytoczył po hebrajsku słowa Ezechiela, słowa, które cały świat zna jako następujący ustęp:

Potem spoczęła na mnie ręka Pana
i wyprowadził mnie On w duchu na zewnątrz,
i postawił mnie pośród doliny.
Była ona pełna kości,
... i oto było ich na obszarze doliny bardzo wiele;
były one zupełnie wyschłe.

- Kto wie? - powiedział następnie. - Może pewnego dnia znowu powrócą do życia? A może stary prorok chciał jedynie powiedzieć, że kiedyś wszystkie tajemnice zostaną wyjaśnione, że wszelkie kości będą otoczone szacunkiem, że wszyscy, którzy niegdyś żyli, poznają sens swoich cierpień na tym świecie.

[przesłanie Azriela dla Jonatana]